W poszukiwaniu pasji. Historia 4

555287661_0951fd05dc_z

Photo by eschipul

Czas na kolejną, ostatnią już historię z serii “W poszukiwaniu pasji”. Na koniec przedstawiam Wam opowieść Witka, który będąc prawie całkowicie niewidomy znalazł sposób na poświęcenie się swojej pasji.

Przy okazji chcę podziękować wszystkim Czytelnikom – autorom, którzy postanowili podzielić się z innymi kilkoma słowami na temat swojej drogi, jak również wszystkim osobom, które w komentarzach pod artykułami oraz w myślach im kibicują. Stworzyliśmy świetny kawałek inspiracji dla tych, którzy stoją przed ważnymi dla nich, życiowymi decyzjami!

 

W rytmie pasji

Jestem osobą prawie całkowicie niewidomą. Ma to niemałe znaczenie w całej historii, dlatego też piszę o tym na początku. Może ta historia przekona kogoś, że prawdziwie ograniczamy się najczęściej tylko my sami.

Od kiedy pamiętam, a nawet i wcześniej, mojemu istnieniu zawsze towarzyszyła muzyka. Oczywiście, z biegiem lat mój gust się zmieniał, kształtował, ale jakaś muzyka wypełniała moje życie praktycznie zawsze. Najpierw były to kasety, które włączała mi moja mama, później, w wieku 4, 5 lat nagrywałem na tenże nośnik różne utwory z telewizji, przykładając mikrofon magnetofonu do głośnika. Jakość takich nagrań była, jak na moje dzisiejsze wymagania, nieprzyzwoicie wręcz marna, ale mi i tak sprawiało to nieopisaną radość. Wtedy wymyśliłem sobie, że „Jak będę duży zostanę piosenkarzem”.

Jakiś rok później w przedszkolu zorganizowano jasełka, które miały jeden bardzo istotny z mojego punktu widzenia, a właściwie słyszenia, element: ktoś grał na takim dziwnym instrumencie, którego nigdy wcześniej nie słyszałem i który wtedy mi się bardzo spodobał. Oczywiście musiałem dowiedzieć się co to. Była to moja pierwsza styczność z akordeonem. Pierwsza, ale bynajmniej nie ostatnia, ponieważ w I klasie szkoły podstawowej, na przesłuchaniu do szkoły muzycznej, powiedziałem komisji, że chciałbym grać na akordeonie albo na skrzypcach. Nie pamiętam czemu akurat skrzypce sobie wymyśliłem, dość, że trafiłem do klasy tego pierwszego instrumentu i tak zaczęła się moja 8-letnia nauka gry na nim. Utworów uczyłem się na pamięć, a na innych przedmiotach poznawałem nuty i zdobywałem niezbędny zasób wiedzy.

 

2158170653_96e9c9443e_z

Photo by incendiarymind

W ciągu tych 8 lat mój gust zdążył się bardzo zmi enić, a wraz z tymi zmianami marzenia o byciu piosenkarzem odeszły w zapomnienie. Przez jakiś czas byłem zagorzałym słuchaczem listy hop-bęc prowadzonej przez Marcina Jędrycha w radio RMF FM, potem jednak lista ta zniknęła z anteny. Tymczasem i tak mi przestała wystarczać porcja nowej muzyki, jaką ten program mógł mi dostarczyć, zacząłem więc powoli poszukiwania na własną rękę. W muzyce klasycznej, na której opierał się program  nauczania w szkole mimo wszystko nie do końca się odnajdywałem, co nie znaczy, że żałuję czasu w tej szkole spędzonego. Bynajmniej, wiedza i umiejętności, które tam zdobyłem do dziś mi się przydają. Jednak kończąc I stopień tej szkoły wiedziałem już, że dalsza droga w tym kierunku to nie dla mnie.

Powoli zaczynała się moja styczność z rapem, której rozkwit nastąpił w II klasie gimnazjum, za sprawą kolegi, przybyłego do naszej szkoły z podobnej placówki w Lublinie. Żaden inny gatunek muzyczny nie wywarł na mnie aż takiego wpływu, trudno więc się dziwić, że z czasem zacząłem z nim wiązać swoją muzyczną działalność. W wieku 15, 16 lat miałem już konkretny pomysł na życie: pójść do technikum o kierunku operator dźwięku, nauczyć się wszystkiego, co dotyczy pracy w studio nagrań, skończyć studia informatyczne (komputery również są w sferze moich zainteresowań), aby mieć alternatywne źródło dochodów, a później  zależnie od okoliczności albo pracować jako informatyk i hobbystycznie zajmować się tworzeniem muzyki, albo też, gdyby udało się z tego utrzymać, poświęcić się bez reszty tej drugiej.

W wakacje przed I klasą technikum dostałem od kolegi program do tworzenia muzyki. Moja wiedza w tym zakresie była wtedy żadna, pierwsze uruchomienie tego programu nieco mnie więc przestraszyło. Zobaczyłem spory zestaw nic mi nie mówiących okien, pól, ścieżek i ikonek. Niestety, jak w większości tego typu aplikacji, całość opierała się na grafice, a screen-reader zupełnie sobie nie radził. Na dodatek nie było oczywiście polskiego interfejsu, a mój angielski po 3 latach nauki w gimnazjum był na niezbyt wysokim poziomie. Teoretycznie więc mogłem dać sobie spokój, uznać, że i tak nie dam przecież rady i zająć się czymś zupełnie innym. Byłoby to w pełni usprawiedliwione, prawda? Czy jednak tak zrobiłem? Oczywiście, że nie. Następny tydzień spędziłem głównie z głową kilka centymetrów od monitora, rozpracowując wszystkie funkcjonalności jedna po drugiej.

Dziś uważam, że nawet cały semestr studiów nie dałby mi tyle istotnej wiedzy i doświadczenia, co tamtych kilka dni. W efekcie tej mojej działalności pojawił się pierwszy, bardzo jeszcze prosty, rapowy bit. Z czasem powstawały kolejne, do których wraz z dwójką raperów amatorów pisaliśmy teksty i nagrywali wokale. W szkole poznałem później kilka innych sekwencerów audio/midi, co nieco  poszerzyło moje możliwości działania, jednak z przyzwyczajenia bazowałem jeszcze przez długi czas na programie poznanym na początku.

Tego, co potem nastąpiło, nie nazwałbym może wypaleniem, było to bardziej zmęczenie. Coraz rzadziej uruchamiałem komputer w celu stworzenia czegoś nowego. Praca głównie za pomocą myszy na dłuższą metę okazała się po pierwsze czasochłonna, a po drugie mój wzrok nie wytrzymywał dłuższego obciążenia. W efekcie często zanim jeszcze coś konkretnego powstało, musiałem przerywać pracę, żeby dać oczom odpocząć. Tak mijały sobie kolejne lata i w końcu dotarłem do etapu studiów.

 

3623619145_9502cefc5c_z

Photo by visual.dichotomy

Pierwszy rok minął względnie spokojnie, choć częściej pod znakiem informatyki, niż muzyki. Jednak 3 semestr, wypchany całkiem sporą ilością wiedzy do przyswojenia, bardzo często niezrozumiałej dla mnie, skłonił mnie do zadania sobie pytania, czy to na pewno jest coś, co chcę robić przez najbliższe 40 lat. Spojrzałem w przyszłość, jaką wtedy tworzyłem i chyba się przestraszyłem, bo w efekcie nawet nie przystąpiłem do sesji egzaminacyjnej. Od roku muszę mierzyć się z tego powodu z dobrze dla mnie chcącymi ludźmi, którzy najpierw usilnie mnie namawiali, żebym te studia skończył, a teraz wysyłają mnie na jakiekolwiek inne i piszą scenariusze mojego życia. Nawet już nie tłumaczę, że nie ma to dla mnie sensu. Przykładowo w technikum spędzałem przez 4 lata po 6, 7 godzin tygodniowo w studio nagrań, podczas gdy kolega studiujący inżynierię akustyczną na mojej byłej uczelni cieszy się, bo na 3 roku ma 3 godziny laboratoriów z reżyserii dźwięku. Ja nie potrzebuję suchej wiedzy, chcę doświadczenia.

Tymczasem wróciłem więc do układania bębnów, sampli i basów. Zacząłem szukać nowych rozwiązań, prostszych sposobów pracy. Przez kilka miesięcy nie udawało mi się namierzyć żadnego narzędzia oferującego całą potrzebną mi funkcjonalność w przystępnej formie, spędzałem więc czas przesłuchując sterty starych płyt, w tym winyli. Niedawno jednak wreszcie nastąpił przełom. Pewien prosty, intuicyjny wręcz program wzbogacony został o obsługę midi, co uczyniło go idealnym dla mnie rozwiązaniem. Nie męczę wzroku, ogromną większość operacji jestem w stanie wykonać z poziomu klawiatury, do programu powstało oskryptowanie dla kilku popularnych czytników ekranu i w efekcie większość potrzebnych informacji jestem w stanie sobie odczytać. Wszystko to razem powoduje, że niedługo zacznę udostępniać moją twórczość szerszemu gronu odbiorców.

Nie jest to na pewno koniec mojej drogi, doszedłem jednak do etapu, na którym praca nad muzyką jest dla mnie czystą przyjemnością. Teraz pozostaje tylko robić to coraz lepiej.

Na zakończenie dodam może jedynie, że bynajmniej nie ograniczam się dziś do słuchania rapu, a lista moich ulubionych artystów prawdopodobnie byłaby mniej więcej tak długa, jak ten tekst. Jestem uzależniony od muzyki i bynajmniej mi to nie przeszkadza. Zwyczajnie to kocham.

Witold

 

Wierzę, że kiedyś usłyszę w radiu Twoje dzieła :)

Dla osób, które chciałyby poczytać więcej – dorzucam parę słów od Pawła Kozłowskiego (mojego przyjaciela i moderatora forum Neureka), który miał okazję spotkać się z Witkiem. Plik w formacie .pdf z jego tekstem ściągniesz tutaj.

Jeśli chciałbyś opisać swoją drogę w poszukiwaniu pasji lub w odnajdywaniu drogi do poświęcenia się jej, napisz do mnie – być może za jakiś czas wznowię tą serię i będziemy kontynuować z inspirowaniem prawdziwymi historiami. Tymczasem pomyśl o swoich pasjach i do dzieła! :)



Chcesz wiedzieć więcej?
+ Otrzymuj raz na dwa tygodnie skuteczne techniki, przydatne
sposoby i rozwojowe porady - prosto na Twojego maila,


+ Dodatkowo, za darmo dostajesz 18 minutowe nagranie audio prowadzonego przeze mnie ćwiczenia na motywację do działania!


 
Dbamy o Twoją prywatność

Subskrybuj artykuły:


Komentarze (14)

  1. Świetna historia. Powodzenia Witku i gratuluję wytrwałości. Nie jeden dawno by się poddał.
    A Tobie Michale dzięki za Twój pomysł serii „W poszukiwaniu pasji.” Na Twojego bloga trafiłam niedawno i od razu zapisałam się na subskrypcję.

    Ja od zawsze uwielbiałam się uczyć i mnóstwo czytałam — średnio jedną książkę dziennie. Moją pasją jest rozwój osobisty i prawo przyciągania.

    Do niedawna zachowywałam tą swoją pasję tylko dla siebie, ale odkryłam, że trzymanie jej dla siebie jest egoizmem. Wokół jest tak wielu ludzi, którzy potrzebują wiedzy, którą już zdobyliśmy, wniosków, do jakich doszliśmy. Moi przyjaciele zainspirowali mnie do dzielenia się moją pasją i tak powstał mój blog http://www.joannawasilewska.com.pl. Póki co nie ma on tylu wpisów, co Twój, ale już komuś pomaga. I o to chodzi. Jeśli nasza pasja może cieszyć nie tylko nas, ale poprawiać życie innych, to najważniejsze.

    Ostatnio zaczęłam uczyć się marketingu internetowego i chcę pomagać innym w zarabianiu przez internet właśnie poprzez dzielenie się swoją pasją.

    Zawodowo jestem telemarketerką, umawiającą spotkania dla doradców finansowych i rozmawiam codziennie z ogromną rzeszą ludzi. Wielu z nich nie ma pracy albo stać ich tylko na zaspokojenie podstawowych potrzeb. Wielu ludzi nie widzi żadnej możliwości zmiany swojej sytuacji. Z jednej strony bardzo mnie to smuci, a z drugiej nakręca, żeby, jak najszybciej samej odnieść efekty w tym, co robię, aby pokazać im, że jest to do zrobienia, że na swojej pasji można zarobić i żyć godnie, ciesząc się obfitością, jaka jest wszędzie wokół nas.

    Jeszcze raz dzięki Michale za Twoją pracę i inspirowanie nas.

    Joanna

  2. Orricht:

    Nie podoba mi się ten cykl i nie będę już go czytał, gdyż nic nie wnosi do mojego życia.

    Nie żebym miał coś przeciwko ludziom, którzy szukają swojej pasji ale wszystkie te historie przedstawiają ludzi na początku swojej drogi.
    Opowiadają jak to dobrze że przerwali swoje dotychczasowe zajęcia i jakie nadzieje wiążą z przyszłą „pasją”. Sukcesów jeszcze nie ma. Nie wiadomo, czy za 2 lata nie będą przeklinali swoich decyzji.

    Znam takie przypadki, że osoby rzucały pracę i zaczynały coś swojego, dzisiaj żałują swojego kroku. Działa tu mechanizm „u sąsiada trawa bardziej zielona” czy „wszędzie dobrze gdzie nas nie ma”, a nie „odkrywanie pasji”.

    Mimo wszystko, życzę sukcesów Witoldowi oraz osobom z poprzednich historii, żeby to co zaczynają było prawdziwą pasją pozwalającą szczęśliwie żyć, a nie tylko złudzeniem.

  3. Julia:

    Zadziwiający fakt, jak wiele takich wyjatkowych osobistosci jak własnie Witek żyje sobie gdzieś obok nas i zatapia sie w swojej pasji, a my zamiast takich ludzi poznawać siedzimy wpatrzeni i wsłuchani w to wyłącznie, co serwuja nam media. Od takich perełek, nieoszlifowanych diamentów mozna się naprawdę wiele nauczyć, wystarczy troszke sie otworzyć.

    Orricht: Często narzekamy, że chcemy dostac gotowe historie mistrzów, których dzieła podbiły świat, którzy zarobili miliony dzięki konkretnemu przepisowi na życie, ale weź pod uwagę, że sława i pieniądze nie są jedynymi wyznacznikami Sukcesu. Potrzebne jest to „coś”, co skłoniło Witka i innych, aby nie szli za tłumem tylko zainwestowali czas w to, co podpowiada im serce. I czasem taka decyzja sprawia, że nasze zycie nabiera barw, rozkręca się.

    Jeśli poczytałbyś trochę o takich ludziach jak Beethoven, Churchill, Skłodowska-Curie pewnie powiedziłabyś, że żyli oni dawno i ich historie nie sa adekwatne do dzisiejszych czasów. Ten cykl pokazuje kilka dróg zyciowych osób, które rozwijaja swoje pasję podobnie jak oni nie zważajac na ograniczenia.

  4. Orricht:

    Julia: dla mnie sukces to nie jest sława i duże pieniądze. Wystarczy, żeby ktoś był szczęśliwy w tym co robi — to już jest sukces. Ale do szczęścia wg. mnie potrzebne jest to żeby samemu się utrzymywać, być niezależnym finansowo. W przedstawionych historiach brakuje mi tego. Są jeszcze przed tym, żeby móc powiedzieć, że ich praca jest ich pasją. Dlatego uważam, te świadectwa za mało wartościowe.

    Co innego właśnie przeczytać o Churchillu, Edisonie czy też o innych zupełnie nieznanych ludziach, którzy łączyli pasję z pracą. Zawsze można się czegoś ciekawego dowiedzieć o postawie życiowej, cechach charakteru, które pozwoliły im rozwijać swoją pasję/pracę i osiągnąć poczucie zadowolenia z swojego życia.

  5. Zawsze musi być ten pierwszy krok. Od czegoś trzeba zacząć. Nikt od razu nie zostaje Edisonem. A wieloletnia wytrwałość Witka jest godna podziwu i z pewnością da niedługo efekty finansowe.

  6. Widzę, że ciekawą mamy dyskusję. Miło. Wyrażę zatem swoje zdanie. Moja historia to rzeczywiście nie przekaz w rodzaju: jeśli rzucisz wszystko i zajmiesz się swoją pasją, to na pewno osiągniesz sukces, bo ja go osiągnąłem. Z tym, że tak właśnie ma być. Ja mówię, że jeśli masz pasję, taką prawdziwą, to nie zastanawiasz się, czy będzie Ci się to opłacać, po prostu działasz. Działasz, bo to kochasz. Kiedy moje studia zaczęły mi zjadać cały mój czas, mimo perspektyw zarabiania niemałych pieniędzy w przyszłości po prostu je rzuciłem. Nie mogłem się pogodzić z tym, że nie mam kiedy zajmować się muzyką i że może tak już zostanie. Nie oddam tej pasji za żadne pieniądze i nie umiem sobie wyobrazić sytuacji, w której żałowałbym tej decyzji. To nie jest żadne złudzenie, to we mnie tkwi od dziecka i tylko ewoluuje. I, mimo Twojego przekonania, że do szczęścia potrzebna jest niezależność finansowa, ja jestem szczęśliwy. Szczęście daje mi wędrówka, a nie jej cel. Pieniądze zmienią jedynie pewne okoliczności zewnętrzne. Inna sprawa, że siłą rzeczy kiedy się czymś pasjonujesz stajesz się w tym coraz lepszy, a za tym idzie zainteresowanie innych itd. itp. aż krok po kroku dochodzi się do etapu, kiedy, jak to ujął O.s.t.r. w swoim wykładzie „O tworzeniu z pasją”, zaglądasz na konto i myślisz „O, to ja aż tyle zarobiłem?”

  7. @Orricht: Moim zdaniem właśnie dobrze, że tutaj piszą osoby, które są na początku swojej drogi do pasji. Masz rację, z historii mistrzów można się wiele nauczyć, mogą przekazać więcej swoich praktycznych doświadczeń na temat, które nas interesuje. Z drugiej jednak strony jednak ich losy na starcie są dla nas jakby rozmyte, zniekształcone, przez co myślę słowa typu „miej odwagę, zacznij działać!” mają w nas mniejszy oddźwięk, bo można pomyśleć „to były inne czasy” albo „na pewno miał większe wsparcie ze strony rodziny/przyjaciół. Nie pamięta wiele a teraz koloryzuje żeby nas zachęcić”. Natomiast z taką osobą na początku swojej drogi ja się identyfikuje, bo obaj zaczynamy od zera, obaj wiemy, że to się dzieje tu i teraz, a nie 20 lat temu, mamy poczucie, że jest z kimś się bać, możemy sobie powiedzieć „hej skoro on tak ryzykuję, to ja będę gorszy?!”, co ogromnie motywuję. Moim zdaniem lepszy jest jeden rzeczywisty partner do rozpoczęcia działania, niż 10 historii wielkich ludzi którzy zaczynali od zera.

    Zgadzam się z Tobą, że płynność finansowa warunkuje w jakiś sposób szczęście — ja nie potrafiłem się cieszyć cudownym związkiem, realizowaniem swojej pasji wiedząc, że za niedługo mogę zostać bez dochodów — jednak prawda jest taka, że jeżeli coś Cię nie pasjonuje to będziesz to wykonywał przeciętnie, a przeciętni ludzie, przeciętnie zarabiają. Warto więc zaryzykować i spróbować być świetnym w swojej pasji. Jeśli się nie uda z tego żyć zawsze możemy zejść na drogę przeciętnej pracy. Zatem: zaryzykujesz i się nie uda = wykonujesz coś przeciętnie i zarabiasz przeciętnie, nie zaryzykujesz = robisz coś przeciętnie i zarabiasz przeciętnie. Zaryzykujesz i Ci się uda = zarabiasz przeciętnie, lub b. dobrze (zależy od niszy) i masz z tego ogromną satysfakcję :)

  8. Julia — sam bym lepiej tego nie ujął :) Właśnie o to chodzi Orricht, ludzie sukcesu o których piszesz, też kiedyś zaczynali i pokonywali najróżniejsze przeszkody na swojej drodze.

    Czy gdybyś żył w czasach, w których oni byli na początku swojej drogi, nie chciałbyś ich poznać? Nie chciałbyś przeczytać o tym, że postawili wszystko na swoją pasję i wierzą w to, że im się uda?

    Oczywiście, nie ma gwarancji, że osoby, które podzieliły się na łamach tego bloga swoją historią osiągną sukces w swojej dziedzinie, ale… zrobili coś absolutnie najważniejszego. Podjęli decyzję, że będą w życiu robić to co kochają.

    Już samo to według mnie wystarczy, żeby zainspirować innych, którzy takiej decyzji boją się podjąć.

  9. Najlepszym rozwiązaniem będzie powrót do tego cyklu po dłuższym okresie czasu. Wtedy będziemy mogli zorientować się jak te osoby sobie radzą. Czy ich pasja i początkowe zaangażowanie dały dobre efekty. Trzymam za nich kciuki bo nic tak nie daje kopa jak wiara we własne umiejętności. Sam wiele przeczytałem książek na temat osiągania sukcesu. Wiele z nich to biografie, lecz tak jak napisał Michał w dużej mierze nie zawierają one samego etapu startu. Brakuje w nich właśnie tego początkowego elementu. Samego opisu zmiany jaka w nich zaszła na początku. Dużo z nich to pobieżne opowiadania. Fajnie przeczytać o kimś kto jest na początku drogi. Jeszcze fajniej poczytać o tej osobie np za jakiś czas aby sprawdzić co u niej słychać. Wtedy będzie można dopiero się zorientować.

  10. le_banana:

    Jeżeli chodzi o doświadczenia muzyczne, to również jest chyba to, w czym odnalazłem pasję. Nie zwykłem opisywać takich rzeczy w necie, ale akurat lubię czytać Michale twojego bloga, tak więc skrobnę parę słów tutaj o sobie. Tak w skrócie.

    Uczęszczałem przez kilka ładnych lat do szkoły muzycznej — co ciekawe , również na akordeonie. Ukończyłem II stopień, po czym nastała pustka.Przez ponad 10 lat (!) nie dotknąłem się żadnego instrumentu (Ok, kilka lat temu miałem przymiarki do jednego zespołu, gdzie miałem grać na klawiszach, ale nic z tego nie wypaliło) . Aż do czasu, kiedy w zeszłym roku na youtube znalazłem nagrania coverów Muse na pianino osoby o imieniu Vika Yermolyeva ( której stałem się fanem ) i coś mnie tknęło. Bardzo chciałem się nauczyć jednego z tych coverów. Dotarło do mnie , że to jest właśnie to, co sprawia mi ogromną przyjemność: granie na pianinie. Powróciłem do mojej starej miłości. :) Dlatego też kupiłem sobie elektryczne pianino w zeszłe wakacje i zacząłem grać. W pewnym momencie doszedłem do wniosku, że osiąnąłem pewny poziom, technikę ( przypomniałem sobie to i owo :) ), tak więc należy pójść krok dalej. I zacząłem sobie szukać zespołu, w którym mógłbym się spełnić. Trafiłem we właściwy moment we właściwym czasie, ponieważ zespół, w którym obecnie gram, poszukiwał klawiszowca, a ja znalazłem ich ogłoszenie. Okazało się, że nie dość, że są to chłopaki, z którymi się świetnie obecnie dogaduję, to jeszcze grają taki typ muzyki, który mi odpowiada. W tym momencie czekają nas w kwietniu dwa przeglądy we Wrocławiu , gdzie chcemy się pokazać z jak najlepszej strony. Ale juz wiadomo, ze na tym nie poprzestaniemy. Czuję, że kapelka ma potencjał, tak więc kto wie, może kiedyś uda nam się osiągnąć coś więcej :)

    A co do samego grania: gdybym miał tylko taką okazję, to mógłbym grać niemalże cały dzień. Co zresztą zdarzyło mi się już kilka razy :)

  11. Kolejna świetna historia:)Sam kiedyś realizowałem się w muzyce– miałem kilka koncertów…teraz mam inną pasję i jej się poświęcam. Co jest najpiękniejsze to to, że dla swojej pasji możesz stać się żebrakiem i pracować za darmo…ale później zostaje Ci to sowicie wynagrodzone, bo jeżeli robisz coś z miłości to stajesz się najlepszy, a za tym idą większe pieniądze.

  12. Andrzej:

    Rób to co kochasz, to jest najważniejsze! :)

    Ja osobiście, kiedy musiałem (poważna kontuzja) zrezygnować z Piłki Nożnej która była dla mnie całym życiem, poznałem nową– muzyka. Co prawda nie zastąpiła jej w 100% ale próbuję się z tym faktem pogodzić że Piłka już nie jest dla mnie…

    A co do muzyki:
    Fruity Loop’s doskonały program do tworzenia muzyki, dokupujesz klawiaturę sterującą, kontrolery midi itp i masz studio w domu :)

    Pozdrawiam!

  13. Faktycznie, program dosyć popularny, zatem pewnie jest całkiem ok, jednak nie dla mnie. Czytniki ekranu sobie z nim kompletnie nie radzą. To, z czego korzystam, to Reaper, który ma tą zaletę, że jest bardzo przyzwoicie oskryptowany pod screen-readery i ogromna większość funkcji jest dostępna pod skrótami klawiaturowymi. Uzupełnieniem mojego studia jest klawiatura sterująca i gramofon. Pozdrawiam

  14. Życzę wytrwałości w dążeniu do celu! Mam nadzieję, że Ci się wszystko ułoży tak jak będziesz chciał.

    Ja jestem obecnie rozdarty między dwie pasje (zawód, którego się uczę; a pracę, którą wykonuję od 2 lat) i zastanawiam się co wybrać, ciągle się zastanawiam co pozwoli mi utrzymać się w przyszłości i godnie żyć.

    Oby nam się udało :)

    dzięki Michale za Twojego bloga :) czekam, aż stworzysz swoje GTD i podzielisz się z nami

Zostaw komentarz