Artykuły, które otwierają umysł

Edukacja • Rozwój osobisty • Coaching

Zacznij tutaj

Autentyczność kontra marka osobista

Autentyczność kontra marka osobista

Żyjemy w świecie marek osobistych, które okradają naszą osobowość z autentyczności i prawdziwości. W jaki sposób kreowanie własnego wizerunku w życiu zawodowym i osobistym sprawia, że oddalamy się od samego siebie i od innych ludzi? Jak zacząć być autentycznym, zarówno w wirtualnym, jak i rzeczywistym świecie?

Maska… ups, marka osobista

W ostatnich latach świat rozwoju zawodowego zawojowało pojęcie “marki osobistej”.

Czym jest marka osobista? To świadomie wykreowany obraz Twojej osoby, który ma zadomowić się w umysłach innych ludzi. Innymi słowy, marka osobista to zestaw skojarzeń składających się na spójny obraz tego, kim jesteś w oczach odbiorców.

Dzięki marce osobistej możemy świadomie wybrać, co inni mają o nas myśleć. Utrwalamy w ich świadomości pozytywny obraz naszej osoby.

Oczywiście robimy to nie tylko w życiu zawodowym, ale również w relacjach osobistych. Często zupełnie nieświadomie kreujemy określony wizerunek własnej osoby, chcąc aby nasi znajomi i bliscy postrzegali nas w określony sposób. Ten artykuł bardziej skupia się na tworzeniu marki osobistej w sferze zawodowej, ale wszystko o czym piszę dotyczy również kreowania określonego obrazu siebie w sferze prywatnej.

 

 

Był czas, w którym sam podążałem szlakiem budowania marki osobistej.

Sądziłem, że jest to konieczne, aby odnieść sukces w mojej branży. Robiłem to jednak bez przekonania. Zawsze coś mi przeszkadzało w idei tworzeniu marki opartej o własne imię i nazwisko i dopiero jakiś czas temu zrozumiałem, co to było.

Tworząc własną markę osobistą starałem się kreować sztuczny twór.

Coś, co opiera się na tym, kim jestem, ale co nie stanowi dokładnego odzwierciedlenia rzeczywistości. To była taka pokolorowana laurka, która miała uczynić ze mnie eksperta i pomóc mi namówić klientów do współpracy ze mną.

Pomyśl o tym przez chwilę. Czy zdarza Ci się robić podobnie? Być może robisz to zupełnie nieświadomie, nawet o tym nie wiedząc? A być może robisz to tak jak ja – świadomie, ale starając się nie tworzyć fałszywego obrazu siebie, ale po prostu uwydatniasz swoje najsilniejsze strony?

Czy cenzurujesz to, czym się dzielisz publicznie, w celu uzyskania aprobaty innych?
Czy martwisz się tym, co ludzie by mogli pomyśleć, gdyby poznali pewne fakty na Twój temat?

Gdy kilka lat temu, w świecie wirtualnym udało mi się zbudować określony obraz siebie w oczach moich czytelników (nieomylny, zawsze szczęśliwy, zawsze zaradny i profesjonalny coach), było to bardzo przyjemne uczucie. Na pewnym poziomie dodawało mi to pewności siebie. Utożsamiałem się z obrazem, który stworzyłem. Jednak w głębi serca czaiło się uczucie fałszu, które po cichu dawało o sobie znać. Rodziło to pewien dyskomfort, który skutecznie zniechęcał mnie do utrzymywania i rozwijania mojej osobistej marki.

To uczucie wewnętrznej niespójności było pierwszym, ale nie jedynym sygnałem, który poprowadził mnie do zmiany myślenia o markach osobistych.

Tworzenie dystansu

Na konferencjach, warsztatach i innych spotkaniach poznawałem ludzi, którzy znali mnie już wcześniej z moich działań internetowych (głównie z artykułów na tym blogu i z facebooka).

Gdy zaczynali ze mną rozmawiać, wyraźnie odczuwałem, że odnoszą się nie do mnie, ale do obrazu, który noszą w swojej głowie.

Do obrazu, który ja sam im do tej głowy włożyłem poprzez kreowanie swojego wizerunku. W trakcie krótkich rozmów nie było to problemem. Zawsze fajnie było usłyszeć parę miłych słów i listę pytań, na które jako “ekspert” chętnie odpowiadałem.

Jednak w przypadku dłuższych spotkań lub warsztatów wyjazdowych (na których spędzałem z grupą 3 dni od rana do wieczora), działo się coś dziwnego. Część osób dzieliła się ze mną interesującym spostrzeżeniem. Na początku, gdy mnie poznawali, przeżywali pewnego rodzaju rozczarowanie: “To on jednak nie jest taki idealny? Nie będzie moim guru? Ale jak to?”.

Obraz, który stworzyli sobie w głowie, burzył się. Co ciekawe, gdy już oswoili się z tym rozczarowaniem, jego miejsce zajmowała ulga. Takie wewnętrzne “ufff” spowodowane tym, że jestem normalnym człowiekiem, jak każdy doświadczam pełnego spektrum ludzkich emocji i zmagam się z własnymi problemami.

 

Skąd ta ulga? Gdy idealizujemy drugą osobę i traktujemy ją jako lepszą od nas, porównując się z nią, zgodnie z zasadą kontrastu, oceniamy siebie jako gorszych.

To naturalne, że nie chcemy czuć się gorsi, dlatego w takiej sytuacji ukrywamy nasze słabości i nie pozwalamy sobie na bycie autentycznym (w mojej pracy było to ogromną przeszkodą. Moim celem jest pomaganie ludziom, a przecież nie mogę pomóc osobie, która się przede mną nie otworzy).

Gdy wyidealizowany obraz drugiej osoby rozsypuje się w pył, nagle relacja lepszy/gorszy nie ma już racji bytu i zdajemy sobie sprawę z tego, że wcześniej wnoszona na piedestał osoba jest zwykłym człowiekiem, takim samym jak my. Przestajemy więc grać i wybieramy bycie sobą.

W ten sposób, budując swój wizerunek, dystansujesz się od innych ludzi.

Sprawiasz, że ich projekcja Twojej osoby jest jeszcze dalsza od rzeczywistości, niż by była, gdybyś nie tworzył w ich głowie określonych skojarzeń na Twój temat. Jeśli chcesz tworzyć autentyczne relacje, musisz pozwolić ludziom samemu zdecydować, jak będą o Tobie myśleć po wejściu w kontakt z prawdziwą wersją Ciebie.

Siła autentyczności

Gdy już na dobre trafiło do mnie to, że ludzie noszą w swoich głowach nieprawdziwy obraz mnie, i że to ja jestem za to odpowiedzialny (np. poprzez podkreślanie swoich zalet i ukrywanie swoich słabości w artykułach czy wpisach na facebooku) zrozumiałem, że to jest bez sensu. Przecież możemy ominąć etap rozczarowania oraz etap ulgi, od razu przechodząc do budowania relacji w oparciu o autentyczność i prawdziwość.

Oczywiście niezależnie od tego, co będę robić, i tak pewnie część ludzi w odpowiedzi na swoją potrzebę posiadania przewodnika i lidera, będzie mnie idealizować i traktować jako guru. Jednak rezygnując z kreowania swojej marki osobistej mogę przynajmniej zmniejszyć (a być może zupełnie zniwelować) różnicę pomiędzy tym, jak ludzie będą mnie widzieć, a tym, kim jestem.

 

 

Gdy przyszło mi do głowy, aby zrezygnować z budowania marki osobistej i w publicznej, wirtualnej przestrzeni być zawsze sobą, pojawił się we mnie strach.

Czy mój biznes na tym nie straci? Czy ludzie zaufają człowiekowi, który popełnia błędy i który nie poradził sobie jeszcze ze wszystkimi swoimi słabościami?

Rozwiązanie tego problemu nie przyszło do mnie tak szybko. Starałem się jednak robić małe kroki w kierunku zawodowej autentyczności i reakcja ze strony moich czytelników była zaskakująco pozytywna. W ten sposób powoli zacząłem sobie uświadamiać, że w świecie wszechobecnego fałszu i pustych obietnic ludzie szukają osób prawdziwych, z krwii i kości – z całym zestawem wad i zalet, jakie w sobie noszą.

Po tym wglądzie byłem już bardzo blisko zrezygnowania z kreowania swojego wirtualnego wizerunku na rzecz autentyczności.

W podjęciu pełnej decyzji o wniesieniu większej autentyczności we wszystko, co robię, pomogła mi praca Brene Brown, autorki książki “Dary niedoskonałości”. W swoim wystąpieniu na jednej z konferencji TED mówiła o tym, że autentyczność jest wynikiem odpuszczenia tego, kim wydaje ci się, że powinieneś być, po to, aby być tym, kim naprawdę jesteś. Piękne powiedziane.

To dzięki Brene zrozumiałem, że pokazywanie swoich słabości wcale nie jest słabością.

Wręcz przeciwnie, to wielka siła. Pokazanie prawdziwego siebie (niezależnie od kontekstu – podczas wystąpienia publicznego, w trakcie rozmowy z partnerem czy na spotkaniu z przyjaciółmi) jest oznaką wielkiej odwagi. Słabością jest natomiast kreowanie się na kogoś, kim się nie jest, w celu ukrycia tego, czego w sobie nie lubimy. To nasz własny strach przed swoimi słabościami motywuje nas do ukrywania tego, co niewygodne.

To właśnie wtedy stało się dla mnie jasne, że pisanie o swoich porażkach, wyzwaniach i trudnościach w takim samym stopniu jak pisałem o swoich odkryciach, sukcesach i marzeniach może stać się wielką inspiracją dla innych. Gdy ludzie zobaczą, że wszyscy jesteśmy do siebie podobni, zrozumieją, że tak jak ja – pomimo własnych niedoskonałości mogą uczyć się, jak żyć pełniej i szczęśliwiej.

 

 

Gdy w mojej pracy zacząłem być w pełni sobą, stało się coś niesamowitego. Ludzie zaczęli otwierać się przede mną już w kilka minut po tym, jak się sobie przedstawialiśmy. Poziom tej otwartości i zaufania był tak duży, że mogliśmy niemalże od razu przejść do głębszej pracy wewnętrznej.

Żeby było jasne – nadal pracuję nad tym, aby w sferze publicznej i wirtualnej pokazywać siebie w sposób w pełni szczery i autentyczny. Nie zawsze mi to wychodzi tak, jak bym tego chciał. Pisanie o swoich słabościach nie jest proste, czego doświadczam między innymi pisząc ten artykuł. Czuję jednak, że to jest droga, która jest dla mnie dobra i która wyzwala mnie z ograniczeń, które sam sobie nałożyłem.

Nie potrzebujesz marki osobistej

Co zostanie, gdy odłożysz ideę budowania marki osobistej na bok? Zostaniesz Ty, z całym Twoim bagażem umiejętności, nadziei, lęków i pragnień. W takim świecie jedyną drogą do sukcesu zawodowego nie jest stawanie się lepszym marketingowcem, ale… lepszym człowiekiem. W końcu ludzie będą się teraz odnosić do tego, kim faktycznie jesteś, a nie do tego, jaki obraz siebie stworzyłeś.

Specjaliści od tworzenia marki osobistej powiedzą, że taka marka jak najbardziej może i wręcz powinna być autentyczna i spójna z tym, kim jesteśmy naprawdę. Joanna Malinowska-Parzydło, autorka książki “Jesteś marką” pisze, że być marką, to być sobą. Pisze też o tym, że tworzenie marki osobistej polega na zaprezentowaniu siebie bez fałszu i iluzji.

Według mnie jest w tym sprzeczność. Sama potrzeba komunikowania określonego obrazu siebie (zgodnie z definicją, marka jest właśnie sztucznie wykreowanym obrazem) oznacza chęć posiadania kontroli nad tym, jak postrzegają nas inni.

Kreując osobistą markę siłą rzeczy kładziemy nacisk na pewne cechy osobowości i pomijamy inne, oddalając się tym samym od tego, kim jesteśmy tak naprawdę. W końcu jeśli nie mielibyśmy potrzeby aby w jakikolwiek sposób zakrzywiać rzeczywistość, po co byłaby nam marka?

To, jacy jesteśmy, najlepiej pokazujemy będąc sobą, a nie mówiąc o tym, jacy jesteśmy, gdy jesteśmy sobą.

Nie chodzi o to, abyśmy w każdym kontekście zachowywali się tak samo (na przykład robiąc w pracy wszystko to, co robimy w domu gdy jesteśmy sami). To normalne, że w różnych sytuacjach wchodzimy w różne role i dopasowujemy do tego nasze zachowanie. Wciąż jednak wchodząc w rolę pracownika czy specjalisty w jakiejś dziedzinie, możemy być w pełni szczerzy w związku z tym, co w danym momencie myślimy i czujemy.

Ekspert, który jest uzależniony od swojej marki eksperta nie przyzna się do własnej niewiedzy (niezależnie od tego, czy takim ekspertem faktycznie jest, czy tylko się tak określa), podczas gdy ekspert, który pozwala sobie na bycie sobą, nie będzie mieć z tym problemu.

 

 

Niektórzy mogą powiedzieć, że prowadząc bloga i profil na Facebooku ja też kreuję swoją markę, czy tego chcę, czy nie. Nie zgadzam się z tym. Gdy w mojej komunikacji nie ma fałszu i gdy pokazuję siebie takim, jaki faktycznie jestem – nie kreuje żadnego obrazu siebie, a więc nie ma w tym żadnej marki osobistej. Oczywiście każde moje słowo i działanie wpływają na to, jak inni mnie postrzegają. Działo się to jednak już tysiące lat temu, gdy o pojęciu marki osobistej nikt jeszcze nie słyszał.

Nie chcę oceniać, czy tworzenie marki osobistej to coś złego czy dobrego.

Nie ma na to jednoznacznej odpowiedzi. Wszystko zależy od osoby, która taką markę kreuje. Od tego, dlaczego to robi, z jaką intencją i jaki ma w tym cel. Postanowiłem napisać ten artykuł aby pokazać konsekwencje, które mogą (choć nie muszą) być częścią procesu budowania marki osobistej. W moim przypadku te konsekwencje nie były najlepsze i wiązały się z obniżonym poczuciem własnej wartości. Zawsze chciałem zrównać to, kim jestem naprawdę z tym, na kogo się kreuję. Nie pozwalałem sobie na bycie sobą w sytuacjach zawodowych i wkładałem mnóstwo wysiłku w to, aby utrzymać moją maskę przy życiu.

Kreowanie każdej roli będzie wymagać od nas energii, którą moglibyśmy spożytkować na rozwój wewnętrzny, zdobywanie nowych umiejętności lub tworzenie wartości dla ludzi.

Inwestując w siebie sprawiamy, że marka osobista przestaje być nam potrzebna. Nie musimy celowo informować ludzi, jakimi jesteśmy ekspertami w określonej dziedzinie, ponieważ nasza praca staje się tego żywym dowodem. A dopóki nie czujemy się gotowi, aby pokazywać światu efekty naszych starań, dlaczego mielibyśmy oszukiwać siebie i innych, że jest inaczej? Zdecydowanie krótszą drogą do sukcesu będzie włożenie tego wysiłku w stawanie się lepszym w tym, co robimy, niż w upiększanie tego kokardkami i farbkami.

Wybierz autentyczność

Oczywiście jestem w stanie zrozumieć, że w morzu ekspertów od wszystkiego, aby wybić się na rynku, silna i dobrze przemyślana marka jest potrzebna.

Smuci mnie to, że doszliśmy do punktu, w którym marketing niejednokrotnie pełni ważniejszą rolę od umiejętności i wartości, którą możemy wytworzyć. Rozumiem, że dla niektórych marka osobista jest jednym z ważniejszych narzędzi, dzięki którym mogą coś osiągnąć w życiu zawodowym. Rozumiem też, że dla wielu może ona stanowić solidne wzmocnienie poczucia własnej wartości. Nie uważam, że każdy powinien z założenia odrzucić kreowanie takiej marki.

 

 

Jeśli ktoś czuje, że marka osobista jest mu potrzebna, w porządku. Ważne, aby budował ją ostrożnie i świadomie. Aby nie traktował jej jak swojego alter-ego, ale raczej jako narzędzie w pracy zawodowej. Aby nie utożsamiał się z nią i nie opierał na niej swojego poczucia własnej wartości, ale aby dbał o fundamenty tego poczucia w sobie, niezależnie od charakteru tej marki.

Być może jest to możliwe, aby pozostać w pełni sobą, również w sferze publicznej i zawodowej, tworząc przy tym określoną markę osobistą. Nie jest to jednak moja droga i uważam, że każdy powinien dobrze się nad tym zastanowić po lekturze tego artykułu.

Zachęcam Cię do tego, abyś sam odpowiedział sobie na następujące pytania. Czy w dzisiejszym świecie ta wielka rywalizacja wirtualnych awatarów jest nam potrzebna? Dlaczego nie możemy po prostu być sobą i pozwolić naszym odbiorcom poznać nas takimi, jakimi jesteśmy, z całym zestawem naszych wad i zalet? Dlaczego nie możemy budować relacji opartych o prawdziwość, relacji, które tak samo jak dotykają naszych talentów, również dotykają tych ciemniejszych stron naszej osobowości?

Autentyczność jest najlepszym motorem rozwoju osobistego, bo gdy nie masz przed sobą i innymi nic do ukrycia, wszystko wychodzi na wierzch. Nagle widzisz siebie w całej okazałości, jak na dłoni.

Zachęcam każdego, aby swoje miejsce na rynku pracy i w sercach innych ludzi budować bez potrzeby kreowania siebie na kogoś, kim się nie jest. Może się bowiem okazać, że w tych czasach taka strategia okaże się o niebo skuteczniejsza. Zarówno z perspektywy biznesowej, jak i z perspektywy tego, co się dzieje w naszej głowie i naszym sercu. Trudno jest opisać ulgę i wewnętrzny spokój, który pojawia się, gdy odrzucamy wszystkie maski i pozwalamy sobie być sobą, w każdej sytuacji.

Jak zatem być autentycznym?

Odpowiedź na to pytanie nie będzie długa i ponownie posłużę się tutaj słowami Brene Brown: „Autentyczność nie jest czymś, co można po prostu mieć lub nie. Wynika ona z praktyki — ciągłego wybierania sposobu życia. Autentyczność to nasze różne codzienne wybory. To wybór związany z tym, by się pokazać od jak najbardziej autentycznej strony. Wybór szczerości. Wybór, by zaprezentować faktycznego siebie”.

W każdej sytuacji możesz wybrać autentyczność. Wystarczy, że zadasz sobie krótkie pytanie – czy będę teraz grać swoją rolę, czy pokażę siebie takim jaki jestem?

Na początku to z pewnością nie jest łatwe i nie oczekuj od siebie, że od razu będziesz umiał to zrobić zawsze i wszędzie. Daj sobie czas i potraktuj to jako wyzwanie. Każdego dnia w choćby jednej nowej sytuacji wybierz prawdziwość zamiast fałszu. Dość szybko zauważysz, jak bardzo jest to wyzwalające, a często wręcz ekscytujące. To nowe uczucie bycia w zgodzie ze sobą doda Ci odwagi, aby w każdej nowej sytuacji… po prostu być sobą.

Podziel się swoimi odczuciami w komentarzach poniżej.

 

Zostaw komentarz

  • Bardzo odważny i wartościowy wpis.

  • Artur Radecki

    dobre. polecę na swojej stronie.

  • Sara

    będąc sobą tworzymy bliskość, druga strona czuje naszą autentyczność. przeszłam proces odrzucenia maski, polecam każdemu

  • Sara

    czuję się świetnie będąc sobą, i widzę, że nie ma takich okoliczności, które zmusiłyby mnie do ponownego założenia maski. tak, wymaga to odwagi, odwagi ciągle tej samej, do podjęcia decyzji o odrzuceniu tworu, którym na siłę chcemy się uszczęśliwić

  • ag

    Czy nie jest też tak, że kreowanie marek jest wynikiem panującego w obecnych czasach modelu konsumpcjonistycznego życia? Ludzie zapominają o aspekcie „bycia”. Liczy natomiast się chęć posiadania, przez co nawet człowiek staje się formą „towaru”, którą trzeba dobrze wyreklamować, aby jak najwięcej osób ją „kupiło”. Zapomina się o tym, co jest najpiękniejsze- samym fakcie bycia człowiekiem, z jedynym i niepowtarzalnym zbiorem cech dla każdego, z atutami i słabościami.

    • Mam dokładnie takie same odczucia!

    • filars

      biznesowo chyba tak to właśnie działa. będę bardziej rozpoznawalny i postrzegany, tak jak chce aby mnie widzieli, to przyjdą do mojej firmy. dzięki tej przewadze podpiszemy umowę a z tego powinna być kasa. to taki trochę przymus już wewnętrzny. muszę być bardziej rozpoznawalny na szerszych polach niż inni. tylko to w bliższym kontakcie strasznie razi i jest sztuczne. to jak wytrenowany uśmiech. a sedno chyba jest gdzie indziej, w pomaganiu innym ludziom i bliskości. Ale nie interesownej i wyrachowanej. tylko takim dawaniu siebie, bo mi się bycie z tym człowiekiem podoba, lubię to i widzę w tych ludziach coś konkretnie dobrego co dostali z kontaktu ze mną. chyba dawanie siebie jest najważniejsze. to zmienia i kształtuje coś co jest wysoko ponad marką osobistą a jej elementem właśnie jest autentyczność. osobowość.

  • Andy

    Interesujący wpis, dziękuje ! :D

  • Pyrek 23232

    Nareszcie Michał powrócił ;) Zaglądałem raz za razem na blog i nie ma nowych postów, aż do dziś. Świetnie, że tak pochodzisz do sprawy autentyczności, mówiąc o swoich słabościach nie stajesz się słabym, bardziej mam wrażenie zbliżasz ludzi do siebie, bo pokazujesz, ze jesteś taki sam jak my wszyscy, z całym pakietem zalet i wad, mocnych stron i słabości

  • Beata Kulpińska-Wojda

    Witam.
    Dziwi mnie pytanie jak zatem być autentycznym? Rodzimy się unikatowi, jesteśmy niczym dzieła sztuki, które w produkcji masowej nigdy się nie powtarzają. Niczym unikaty, rysy, niedoróbki czy skazy dodają nam tylko większej wartości. Nie rozumiem skąd ten pęd do masowości, etykietowania i pozorności. Nie jesteśmy byle jakim cukierkiem, który zapakowany w złoty papierek nagle zacznie smakować inaczej, o wiele lepiej. Jeżeli są chętni na taki właśnie „towar” , to i są chętni którzy go wyprodukują. Marka osobista dla mnie to taki właśnie papierek, który kusi, obiecuje a potem zawartość rozczarowuje, nie z powodu miernoty, tylko z niezaspokojenia apetytu który powstał na podstawie opakowania. Człowiek, który ma poczucie swojej człowieczej unikatowości nie będzie zakładał maski w postaci kolejnego liftingu, nie będzie miał naklejonej specyfikacji w postaci marki osobistej, nie będzie aktorem po kolejnym coachingowym spotkaniu instruktażowym. Będzie człowiekiem, którego drugi człowiek wyczuje i rozpozna z daleka, do którego przyjdzie, porozmawia albo zwyczajnie pomilczy.
    A lalki z etykietą? Cóż produkcje masowe też są potrzebne. A na etykiecie z reguły umieszczona jest cena,

  • Sylwia Zwierzynska

    Ironia losu polega na tym, że tworzenie marki odnosi odwrotny skutek. Osobiście uważam, że ludzie sukcesu którzy stworzyli własne marki odnieśli swój sukces pomimo zakładania swojej biznesowej maski a nie dzięki niej.
    Podczytuję bloga młodej dziewczyny, która jest do bólu autentyczna. Pisze o wszystkim co jej w duszy gra, nie pomijając swoich błędów i porażek. I co? I wszyscy się jej pytają jak ona to robi że ma 200 tys. unikatowych czytelników miesięcznie i 15 mln. wejść na stronę. A ona jest po prostu sobą w każdym słowie swojego bloga, czy ma super nastrój czy wręcz przeciwnie. Jest tak mało autentyczności w dzisiejszym świecie, że jak ktoś się na to zdecyduje to jest wyjątkiem.
    Słyszałam wypowiedzi gejów dla których ujawnienie swoich preferencji było ekstremalnie wyzwalającym choć trudnym doświadczeniem.
    Zresztą sama zaznałam nieraz tej ulgi gdy przyznałam się do czegoś co uznawałam za swój błąd. A najlepsze było to że nigdy nie spotkałam się z krytycznym odbiorem w takiej sytuacji, wręcz przeciwnie.

  • Moim zdaniem dobrze jest podnosić ciągle poprzeczkę, ale w taki sposób by nie wpaść w ciągłe poszukiwanie idealnych rozwiązań, które i tak nie istnieją :) Praca nad sobą to długa droga, która jest jednak jedną z ważniejszych. Daje nam solidne podstawy to działania na innych polach i możliwość naprawdę wspaniałego rozwoju. Autentyczność to bycie sobą i nie szukanie idealnych obrazów siebie. To bycie tu i teraz i rozwój siebie samego poprzez działanie i podążanie do celu.

  • W punkt. Ostatni cytat moim zdaniem to soczek z tematu. „Autentyczność to nasze różne codzienne wybory.”

    Kłopot w tym, że definicja samego siebie, swoich potrzeb wcale nie jest taka łatwa, szczególnie w dzisiejszych czasach, gdzie kultura, media i nawet bliscy potrafią dyktować wartości czy przekonania.

    Nie popieram, ale mam paru znajomych, którzy po doświadczeniu LSD doznali swego rodzaju katharsis w rodzaju „Kurde, nie muszę się martwić jak ktoś na mnie zareaguje, to jego sprawa, ja mogę tylko być sobą”.

  • Magdalena Gałązka

    Przychodzi mi na myśl ten cytat: „Be yourself. Everyone else is already taken”. Świetny, wartościowy wpis!

  • Dziękuję za artykuł. Utwierdził mnie w przekonaniu, że idą dobrą drogą – taką, którą chciałem iść, ale nie do końca byłem pewien, czy to dobry pomysł w kontekście moich celów i działań zawodowych.
    To, o czym napisałeś, bliskie jest temu, o czym w swojej książce: „Zaczynaj od dlaczego. Jak wielcy liderzy inspirują innych do działania”, pisze Simon Sinek.
    Gdy zaczynamy swoje działania od pytania: Dlaczego? inne ważne elementy, takie jak „Co?” i „Jak?” – z czasem stają się wartością, której nie trzeba tak bardzo pomagać, by zainteresować nią innych. My sami, wiedząc dlaczego coś robimy, zaczynamy działać jak magnes albo światło latarni morskiej. Prawdziwość naszych intencji sprawia, że to, co robimy, jest warte uwagi. Jest pełne nas i tego, co w nas najlepsze, prawdziwe. Ma naszą pasję, nasze zmagania, upadki i sukcesy. Nasze „nie wiem” i nasze WOW!
    To droga z której tak szybko się nie rezygnuje. Nie męczy ona tak bardzo. Nie grozi nam też efekt słomianego zapału, bo za płomień odpowiada prawda płynąca z pytania: Dlaczego?
    Cieszę się, że nie jestem sam w swoim myśleniu.

    Pozdrawiam i życzę tego, co najlepsze.

  • Pati

    Na FB zauważyłam okrutną zachowawczość. Szczerość zawsze była dla mnie na pierwszym miejscu, bez tego człowiek nie może czuć się wolny. Brak szczerości, udawanie – jak dla mnie jest tchórzostwem, a jak mówi cytat podany przez Ciebie – to jest wybór, przez dokonywanie odważnych wyboów stajemy się odważni. Kiedy coś publikuję mam czasami taką myśl – co pomyśli konkretna osoba – wtedy zawsze dochodzę do tego – że ta osoba ogólnie wszystkich chce źle ocenić i ja o tym wiem, taka świadomość rodzi kolejne pytanie „i co nie wstawisz tego z tego powodu? zamkniesz to kim jesteś?” i wtedy odpowiadam sobie „nie, właśnie wrzuć to, żeby otwierać serca i umysły” – wierzę, że otwieram.

  • Bohdan

    W przypadku coacha, trenera, i podobnych zawodów, zdecydowanie tworzenie swojej subsuperwersji na pewno nie pomaga. W życiu i partnerstwie to całkowicie poroniony pomysł. Jednak zawody typu aktor, artysta mają wpisane organicznie granie różnych, czy tez jednej roli , która symbolicznie tworzy pewien założony spektakl. Lider też jest pewnego radzaju idolem, bogiem – co widzimy w ludzkiej potrzebie szukania doskonałości , której często w sobie nie widzą. jednak jest to postawa ambiwalentna, bo już w wersji „private” okazuje się ,że mamy do czynienia z człowiekiem – to dualny jak widać proces. Wtedy często mówimy … jaki on fajny, ludzki, normalny … jednak ja uważam, że zachowanie, wykrojenie z siebie pewnego większego przedziału naturalności z zachowaniem marginesu na odrobinę tajemniczości jest optymalne. Niekoniecznie lubię blogerów, którzy wykładają wszystko na stół … bycie ” gentle” zdecydowanie bardziej mnie pociąga od kumplowskiej autoekspresji i bezpośredniości. Nie wiem jak to się przekładana słupki oglądalności … przypuszczam ,że sądząc po ludzkim pędzie do podglądania i serialowej mentalności …czy milionach lików pod tanimi, wulgarnymi treściami, muzyką , itd… osoba wrażliwa ma niewielkie szanse na masowy odbiór … taki mamy stan zbiorowej świadomości . To wszystko było raczej o formie wyrażenia treści . Z drugiej strony tworzenie lukrowanego wizerunku jest fałszywe i tchnie weselną tandetą … w zasadzie myślę, że chodzi o właściwy balans. Jestem jako jestem, jednak wszystkiego nie muszę słowami wyrazić.

  • Świetny artykuł. Od pewnego czasu zastanawiam się, czy w socialach przedstawiać się jako ten nieomylny, idealny, czy prawdziwy ja. Staram się nie udawać, ale być nieidealnym sobą. Podwójna korzyść: ludzie widzą, że jestem zwykłym człowiekiem jak oni oraz ja nie noszę ciężaru udając.
    Dziękuję za wpis – rozwiał moje dylematy! Pozdrawiam.