Artykuły, które otwierają umysł

Edukacja • Rozwój osobisty • Coaching

Zacznij tutaj

13 błędów polskiego systemu edukacji

13 błędów polskiego systemu edukacji

Albert Camus powiedział kiedyś, że “szkoła przygotowuje dzieci do życia w świecie, który nie istnieje”. Obecny system edukacji jest przestarzałym reliktem, pełnym szkodliwych zasad i ograniczających schematów. Najwyższy czas głośno i wyraźnie powiedzieć o tym, co dokładnie szkoła robi źle i dlaczego tak się dzieje.

 

Obecny system edukacji powstał na potrzeby gospodarki industrialnej ubiegłych wieków. Ma na celu szkolenie armii bezmyślnych robotów, które będą posłusznie pracować na rzecz obecnej gospodarki.

Całkiem zgrabnie ujęła to prof. dr hab. Dorota Klus-Stańska (wielokrotnie nagrodzona za swoje badania, aktualnie zajmuje się badaniem procesów i mechanizmów kształcenia w szkołach podstawowych oraz generowanych przez nie barier w rozwoju uczniów):

“Szkoła jest skansenem, nie tylko nie zapewniającym nabywania kompetencji do radzenia sobie we współczesności, a wręcz pielęgnującym kompetencje bezużyteczne, autodestrukcyjne wobec jednostki i społeczeństwa (…)”

W tym artykule opisuję 13 najważniejszych błędów polskiego systemu edukacji. Zanim o nich przeczytasz, chcę zaznaczyć, że:

1. Poniższy artykuł skupia się na szkodliwych aspektach polskiego systemu edukacji. Nie oznacza to jednak, że jest on w całości zły i tylko zły. Dostrzegam wiele pozytywnych aspektów ścieżki edukacji polskich dzieci. Mimo to, przytłaczająca ilość wad tego systemu jak i ich ogromne znaczenie sprawiają, że cały system edukacji nadaje się do kosza i ten artykuł ma na celu zwiększenie świadomości tego problemu.

2. Krytykuję system edukacji, nie nauczycieli. Faktem jest, że wielu nauczycieli wykonuje swoją pracę na bardzo niskim poziomie, ale prawdą jest również to, że nauczyciele zarabiają śmieszne pieniądze i nikt nie uczy ich tego, jak uczyć i jak traktować dzieci. To błąd systemu, nie jego pracowników. Oczywiście nauczyciel świadomy błędów systemu edukacji może samodzielnie zminimalizować lub naprawić część z nich we własnym zakresie (i taki jest też cel tego tekstu).

3. Jeśli uważasz, że jakiś fragment tego artykułu zawiera błędne tezy lub nieprawdziwe informacje, napisz o tym w komentarzach – jestem otwarty na rozmowę.

4. Ze względu na długość tekstu, w tym artykule nie opisuję lepszych rozwiązań oraz alternatyw dla tradycyjnej edukacji (np. szkoły demokratyczne czy waldorfowskie, nauczanie domowe). Zostanie to poruszone w jednym z kolejnych artykułów.

 

Gotowy? Zaczynamy od najważniejszego:

1. Schemat “Popełnianie błędów jest złe”

To założenie, które leży u podstaw obecnego systemu edukacji. Przenika przez każdą jego płaszczyznę i jest obecne w codziennym życiu każdej szkoły. Już od pierwszej klasy szkoły podstawowej dzieci są ofiarami polityki strachu, według której nauczyciele traktują popełnianie błędów jako oznakę bycia “gorszym uczniem”.

Taki sposób myślenia niszczy kreatywność dzieci i buduje u nich stałe poczucie strachu przed podejmowaniem działań i eksperymentowaniem. To w większości przypadków na zawsze kształtuje psychikę człowieka i jest jednym z najważniejszych powodów, dla których tak wielu z nas żyje przeciętnym życiem.

Popełnianie błędów jest nieodłącznym i koniecznym elementem nauki i każdy człowiek powinien być gotowy, a nawet ciekawy niepowodzeń – to najlepszy sposób na szybkie uczenie się na bazie doświadczenia, a nie suchej teorii.

Nigdy nie pozwoliłem mojej szkole stanąć na drodze mojej edukacji.” – Mark Twain

2. Schemat “Na każde pytanie jest tylko jedna odpowiedź”

To założenie również jest głęboko zakorzenione w systemie edukacji i posłuszeństwo wobec tego schematu jest wymagane na każdym kroku ścieżki edukacji dziecka – “Wpasuj się w nasz sposób myślenia albo zgiń”.

Najlepszym przykładem jest matura, na której uczeń musi idealnie wpasować się w określony klucz, który określa, jaka interpretacja zadania jest prawidłowa, a jaka nie. Wszelkie twórcze pomysły uczniów są z miejsca krytykowane przez nauczycieli, którzy sami tkwią od wielu lat w ścisłych schematach.

Od uczniów oczekuje się tylko “prawidłowych” odpowiedzi – wymusza się na nich sposób myślenia, który został z góry określony w kluczu. Dzieci, których osobowość wyłamuje się ze ścisłego schematu, są traktowane z pogardą jako jednostki bezwartościowe.

Takie podejście upośledza umiejętność poszukiwania kreatywnych i oryginalnych rozwiązań, zabija innowacyjność i zdolność do twórczego rozwiązywania codziennych problemów.

3. Szkolny system oceniania wiedzy i zachowania

W pierwszej klasie dzieci wręcz wyrywają się do odpowiedzi. Chcą się pochwalić wiedzą, nawet jeśli nie są jej pewni. Im starsza klasa, tym mniej rąk w górze. Dzieci wiedzą, że każda zła odpowiedź zostanie skrytykowana przez nauczyciela, a więc nie warto ryzykować.

Dzieci bardzo szybko się uczą, że ich głównym celem jest zdobywanie dobrych ocen, a nie uczenie się i poznawanie świata. Rywalizują ze swoimi rówieśnikami i na podstawie ocen porównują się do nich. Ci, którzy dostają gorsze oceny, czują się gorsi od innych, co bardzo negatywnie wpływa na ich poczucie własnej wartości i motywację.

Ocenie podlega też zachowanie uczniów – już w pierwszej klasie dziecko dostaje łatkę “pilny uczeń”, “leń”, “łobuz”, “nieśmiała, ale grzeczna” i wiele innych. Czasami te łatki towarzyszą mu przez całe życie.

„Za największe zło kapitalizmu uważam okaleczenie osobowości. Złem tym dotknięty jest cały nasz system edukacyjny. Uczniom nazbyt silnie wpaja się idee współzawodnictwa, kazać im uznawać żądzę odnoszenia sukcesów za podstawę przyszłej kariery.” – Albert Einstein

4. Schemat “Musisz być posłuszny autorytetom”

Od dzieci wymaga się posłuszeństwa i podporządkowania – od samego początku ich ścieżki edukacyjnej. W szkole oczywiste jest, że nauczyciel ma zawsze racje i że uczeń nie może z nim dyskutować.

W efekcie prawie wszystko, co powie nauczyciel jest dla dziecka jak wyrocznia. Niejednokrotnie wpływa to na bieg całego życia dziecka, które bezkrytycznie wierzy w każde słowo autorytetu.

“Nie masz zdolności muzycznych”, “Już nigdy nie będziesz dobry w matematyce”, “Jesteś najgorszym uczniem w klasie” – dziecko z łatwością w to uwierzy i będzie samo tak o sobie myśleć, często przez resztę swojego życia.

Jakakolwiek oznaka braku posłuszeństwa autorytetom (choćby chęć dyskusji, wyrażenia własnego zdania!), jest od razu traktowana jako złe zachowanie i jest odnotowane jako uwaga w dzienniczku ucznia.

„Ideałem wychowawczym nauczycieli jest przekształcenie zwykłego ucznia w ucznia wzorowego. W ucznia, a nie dorosłego. Nauczyciele czują się zwierzchnikami uczniów, i takimi chcą pozostać do końca, tj. do chwili, gdy przekażą go następnym zwierzchnikom. Jest to masowe produkowanie ludzi nieodpowiedzialnych” – Marian Mazur, wybitny polski cybernetyk (1909 – 1982)

5. Sposób rozumienia ludzkich talentów

To ograniczone myślenie w stylu: „Albo masz talent, albo go nie masz.” Najgorsze jest to, że jedno stwierdzenie nauczyciela może ukształtować dziecko na całe życie.

Wystarczy, że przy jednej okazji powie on dziecku “Nie masz talentu do matematyki, lepiej zabierz się za coś innego”. Jak myślisz, jak to wpłynie na psychikę dziecka, jeśli uwierzy w te słowa (a w większości sytuacji uwierzy, bo nauczyciel jest dla niego naturalnym autorytetem)?

Oczywiście do talentu potrzebne są pewne predyspozycje, ale kluczowa jest ciężka, wytrwała praca.

Szkoła ma również tendencję do określania i wyodrębniania grupy talentów: plastyczny, muzyczny, matematyczny i pisarski. Nauczyciele zapominają o tym, jakie bogactwo tkwi w łączeniu dyscyplin. Leonardo da Vinci był jednocześnie malarzem, architektem, filozofem, muzykiem, pisarzem, odkrywcą, matematykiem, mechanikiem, anatomem, wynalazcą i geologiem.

6. Hierarchia przedmiotów

Według systemu najważniejsze przedmioty to te najbardziej użyteczne do funkcjonowania w obecnym społeczeństwie z perspektywy obecnej gospodarki (co oznacza, że jeśli lubisz malować, tańczyć lub śpiewać, będzie ci ciężko, jako dziecko będziesz niemal zmuszony, by zrezygnować z tego, co kochasz i do czego masz naturalny talent).

Świat już dawno się przekwalifikował i nowe branże, gałęzie rynku i nisze, pojawiają się niemal każdego dnia. Ani matematyka ani plastyka nie jest ważniejsza.

7. Podział na przedmioty ścisłe i humanistyczne

Podział ten sprawia, że jeśli uczeń został oceniony jako umysł ścisły, z miejsca przekreśla przedmioty humanistyczne (bo przecież ma predyspozycje do ścisłych), i na odwrót.

Największe innowacje, wynalazki i praktyczne pomysły wynikają z połączenia dyscyplin, a nie z ich dzielenia. Leonardo da Vinci był geniuszem ze względu na płynne lawirowanie pomiędzy dziedzinami i kompetencjami.

Ten podział nie jest prawdziwy i każdy (jeśli poświęci na to czas) może być świetny w łączeniu dyscyplin zarówno ścisłych jak i humanistycznych.

8. Każde dziecko jest mierzone tą samą miarą

Wszyscy muszą umieć to samo i uczyć się tego w taki sam sposób. System edukacji zupełnie ignoruje fakt, że każde dziecko jest inne. Każde dziecko ma swój własny sposób uczenia się, rozumienia świata, zapamiętywania informacji.

Różne dzieci mają różne pasje i różne marzenia. Dzieci na początku szkolnej przygody powinny samodzielnie lub razem z rodzicami określać swoje potrzeby względem edukacji. Każdy uczeń powinien mieć indywidualną ścieżkę rozwoju, zaprojektowaną tak, aby pozwalała ona rozwijać talenty i najważniejsze umiejętności.

9. Przeładowanie dzieci ilością wiedzy

Każde dziecko jest zmuszone do czytania stosów książek każdego miesiąca, kucia na pamięć dat i formułek, pisania trzech kartkówek każdego tygodnia i codziennego odrabiania ogromu zadań domowych.

Umysł dziecka szybko staje się przeładowany informacjami, co wpływa niekorzystnie na rozwój umiejętności, przy których nie jest potrzebna wiedza, ale praktyka (czynności manualne, aktywności związane z ciałem, empatia, relacje międzyludzkie).

Ponad 70% tak zdobytej wiedzy uleci z młodych głów jeszcze przed ukończeniem szkoły, a co gorsza, upośledzi dziecko w poszukiwaniu i zdobywaniu wiedzy w życiu dorosłym.

Przytłaczająca ilość testów, kartkówek, sprawdzianów i egzaminów to sposób na wywieranie na dzieciach wielkiej presji (co jest przyczyną chronicznego stresu, który skutecznie zabija komórki mózgowe), podczas gdy w tym okresie powinny mieć one komfortową przestrzeń do nauki poprzez zabawę, eksplorowanie i doświadczanie.

10. Wszystkie dzieci są w klasach z dziećmi w tym samym wieku

Zabieg utworzenia klas dzieci w tym samym wieku świetnie działa na egzekwowanie dyscypliny – podobny etap w rozwoju psychicznym, więc i podobne reakcje. Kompletnie ignorujemy fakt, że dzieci są na zupełnie innym poziomie intelektualnym i poznawczym i nie powinny uczyć się tych samych rzeczy.

Mało tego, wprowadza to fałszywy obraz świata – nigdzie bowiem poza szkołą nie ma sytuacji gdzie obracamy się wyłącznie wśród rówieśników. W kościele, w pracy, w klubie fitness, w restauracji – wszędzie poznajemy ludzi w bardzo zróżnicowanym przedziale wiekowym i musimy nauczyć dziecko życia w takim społeczeństwie.

11. Uczenie dzieci bezużytecznej wiedzy

Nie można określić obiektywnie, jaka wiedza jest użyteczna ani praktyczna. Zależy to bowiem od tego, co nasze dziecko zechce w życiu praktykować. Dlatego zasób wiedzy, jaką dziecku należy pokazać lub przekazać, zależy od jego indywidualnych potrzeb. Szkoła nigdy nie dostosuje się do tej uniwersalnej prawdy.

Nikt w szkole nie umie powiedzieć do czego przyda się nam wiedza, która jest nam tam wciskana do głowy. Nauczyciele mówią jedynie “Kiedyś Ci się to przyda”. Nic dziwnego, że dzieci nie mają ani grama motywacji do tego, aby uczyć się suchych i nieprzydatnych formułek.

12. Uczenie dzieci w niezwykle nudny sposób

Większość (choć nie wszyscy) nauczyciele uczą dzieci nudnych rzeczy w nudny sposób. Zniechęcają je do nauki, a czasami tworzą nawet fobię związaną z “zakuwaniem” i szkołą.

Dziecko otrzymuje prosty komunikat: “Świat przedstawiany w szkole nie jest ciekawy. Nauka jest trudna i nieprzyjemna.” W efekcie przestaje poznawać świat na własną rękę i traci dziecięcy pęd do eksplorowania wszystkiego, co nowe.

To nie jest wina nauczycieli, bo ich też nikt nie nauczył, jak uczyć. Każdy pracownik szkoły powinien zostać porządnie przeszkolony z metod efektywnej i praktycznej nauki dzieci oraz z podstaw psychologii.

“Upokarzanie i psychiczne gnębienie uczniów przez niedouczonych i egoistycznych nauczycieli sieje spustoszenie w młodych umysłach, powodując w późniejszym wieku opłakane skutki, których już nie da się naprawić.” – Albert Einstein

13. Pomijanie kluczowych umiejętności

Szkoła pomija kompetencje, które każdemu z nas są niezbędne do życia we współczesnym świecie.

System edukacji nie zawiera w programie takich przedmiotów, jak: Inteligencja emocjonalna, inteligencja finansowa, budowanie relacji i związków, komunikacja międzyludzka, przedsiębiorczość, rozwiązywanie problemów, dbanie o ciało, dbanie o zdrowie, medytacja, planowanie przyszłości, zarządzanie czasem i wiele, wiele innych.

 

To tylko wierzchołek góry lodowej. Mam jednak nadzieję, że to wystarczy, aby Twoje spojrzenie na obecny system edukacji nieco się zmieniło.

Być może zastanawiasz się, co z tym wszystkim zrobić. Wiem, przydałaby się nie lada rewolucja w naszym szkolnictwie.

Nie mam jednak zamiaru zmieniać obecnego systemu edukacji, bo to polityczna walka z wiatrakami. Uważam, że rewolucja powinna nastąpić oddolnie, nie odgórnie. Dlatego chcę angażować się w propagowanie idei świadomej edukacji i planuję zbudować solidne alternatywy, które umożliwią dzieciom uczenie się użytecznych rzeczy w inteligentny sposób.

Spotykam ludzi, którzy działają w sferze edukacji i ku mojemu zaskoczeniu jest takich osób bardzo dużo. Świadomość tego problemu rośnie bardzo szybko i wiem, że zmiany są tuż za rogiem.

Jedna z nich to mój największy, jak dotąd, projekt edukacyjny, nad którym pracowały przez wiele miesięcy dziesiątki osób. LifeArcadia to akademia owocnego życia, platforma z kursami online opartymi o autorską formułę rozwoju umiejętności. Do ich stworzenia zaprosiłem najlepszych w swoich dziedzinach. Możesz się tam nauczyć przedsiębiorczości, inteligencji emocjonalnej czy budowania prawidłowych nawyków żywieniowych – wszystkich tych umiejętności, których nie zdobyłeś w szkole. Pełną ofertę kursów znajdziesz tutaj.

 

Jeśli jesteś rodzicem i masz dzieci, które są w szkole (lub które wkrótce do niej pójdą), pewnie zastanawiasz się nad tym, co powinieneś zrobić. Nie możesz czekać na reformy i rewolucje, bo Twoje dziecko potrzebuje edukacji tu i teraz.

Dobra wiadomość jest taka, że możesz zrobić całkiem dużo. Możesz zadbać o to, aby sposób rozumienia świata Twojego dziecka nie został upośledzony przez obecny system edukacji.

Za pomocą rozmów, zabaw, zadań i ćwiczeń możesz uchronić swoje dziecko przed indoktrynacją ograniczających schematów myślenia. Wiesz już, co szkolna edukacja robi źle. Gdy Twoja pociecha jest przy Tobie, rób rzeczy dokładnie odwrotne.

W jednym z kolejnych artykułów opiszę istniejące na rynku alternatywy dla tradycyjnego systemu edukacji (szkoły demokratyczne, waldorfowskie, domowa edukacja). Pojawia się ich w Polsce coraz więcej, ich program jest przemyślany i wolny od wyżej opisanych, szkodliwych schematów.

Napisz w komentarzach, jakie są Twoje doświadczenia ze szkołą i co udało Ci się zaobserwować u swoich dzieci. Zapraszam do dyskusji na temat, który powinien być w naszym kraju priorytetem.

 

Artykuł został napisany we współpracy z Angeliką Marią Gąsior.

 

Zostaw komentarz

  • Monika

    bardzo dobry artykul !…i wszystko to co napisane powyzej to swieta prawda-niestety…. Ja juz szkole mam dawno za soba i tak ja wlasnie odczuwalam bedac dzieckiem i nastolatka-czyli presja i stres a rzadko satysfakcja czy zainteresowanie.. Dopiero teraz jako dorosla osoba edukuje sie samodzielnie -tak jak chce i tego co mnie interesuje naprawde. Ide swiadomie i uparcie do przodu nie zwazajac na upadki i bledy jakie popelniam. Ucze sie od nowa ,samodzielnie i to kazdego dnia interesujacej mnie dziedziny z wewnetrznej pasji a nie przymusu ,nie zwazajac na to ,ze to juz statystycznie polowa mojego zycia :)… dzieki za artykul

  • Tomek

    W przyszłym tygodniu kończę szkołę. Wymienione przez Ciebie błędy istnieją i są dość poważne. Wiele też zależy od umiejętności samych nauczycieli. Miałem to szczęście, że uczyli mnie dobrzy nauczyciele. To zlikwidowało część błędów systemu. Najbardziej boli mnie 2 z wymienionych błędów. Jest on szczególnie widoczny na lekcjach j. polskiego. Często się zdarza, że w interpretowanym utworze widzę coś innego niż nauczyciel. A tak poza tym szkoła wcale nie uczy wg mnie umiejętności społecznych. Zgadzam się, jest potrzebna porządna reforma.

  • Wolika

    Świetny artykuł! Myślę, że najważniejsze co powinniśmy z tego wynieść to pamiętać, że edukacja zaczyna się w domu i tak jak mówisz, rodzice mogą ‚naprawiać’ to co złego dzieje się w szkołach. Nie ma co czekać aż ‚system’ się zmieni, to MY musimy go zmieniać jako społeczeństwo, świadome i sterujące naszą przyszłością… ale niestety wiele jest jeszcze osób zepsutych przez ten właśnie system, w których cichy głosik twórczości i pasji został doszczętnie dobity przez lata siedzenia w ławce, a na koniec spalony na popiół przez niewdzięcznych doktorków na studiach. Myślę, że potrzeba nam jakiegoś lekarstwa na te rany zadane przez nasz system edukacji… i dzięki Bogu Twoja strona w tym kierunku pomaga. Życzę wszystkim dużo siły i dojrzałości żeby odkryć na nowo tę dziecięcą pasję i kreatywność którą gdzieś może jeszcze w sobie znajdziemy. Głowa do góry i śmiało na przód!

    • marzena

      Jestem nauczycielką w szkole podstawowej. Próbuje „przebić” się ze swoimi nowatorskimi pomysłami i innym podejściem do ucznia podczas lekcji przyrody. Oczywiści spotykam się z surową krytyką koleżanek w pracy. Nie mieszczę się w kanonach tej szkoły. Nauczyciele innych przedmiotów dziwią się dlaczego np. uczniowi, który u moich koleżanek ledwo zdaje u mnie ma dobre oceny. wręcz musiałam się z tego tłumaczyć. Dlaczego doceniam bardziej jego kolejny przyniesiony do szkoły samodzielnie wykonany wynalazek. Przecież muszę go przygotować do testów sześcioklasisty. Ostatnio jestem wręcz załamana moim miejscem pracy. Pozdrawiam tzw. „innych” nauczycieli.

    • marzena

      szóstoklasisty ;) (dla poprawiaczy)

  • Szymon

    Świetny artykuł, a teraz moje pytanie, w jaki sposób wyeliminować te błędy z systemu edukacyjnego, sprytnie ?

  • kalinda

    Bardzo dobry tekst, ale pkt. 11 to utarty frazes, wynikający chyba z niezrozumienia wiedzy:

    „11. Uczenie dzieci bezużytecznej wiedzy
    Nie można określić obiektywnie jaka wiedza jest użyteczna ani praktyczna. […] Nikt w szkole nie umie powiedzieć do czego przyda się nam wiedza”

    – bo tego nie potrafi powiedzieć nikt, ani nawet (tym bardziej?) nasze dziecko, które nadal dorasta, szuka swej drogi i zainteresowań. A szkoła służy właśnie do tego, by dostarczyć dziecku wiedzy ogólnej, uszczegółowi ją sobie w toki dalszego życia, edukacji, studiów itp. Nie można więc mówić, że szkoła uczy wiedzy bezużytecznej, ale być może w nieciekawy sposób często ją przedstawia.

    • lubietruskawki

      dobrze ale niech pozwoli dziecku rozwijać swoje umiejętności, pasje… wiele zostaje pomijanych… np.moje zdolności zostało pominiętych w szkole i nie miałam okazji ich wykorzystać:(
      po drugie dać czas, jak nie w szkole to w domu… jeśli jest cały tłok prac domowych+jeszcze nauka dziecko nie ma czasu na pasję… bo tyle wiedzy przecież musi się uczyć bo może zmieni zdanie…choc się męczy i czuje że to nie jego styl(dany przedmiot) to MUSI A NIE CHCE. a jak ma 3 uważany jest za gorszego , choc wtedy ma czas -realizuje swoje pasje. I tak kółko się zamyka.
      Szkoła bez ocen- jeśli nie chcesz nie musisz… wtedy uczyli by się ci którzy chcieliby coś osiągnąć, coś dla siebie nie dla oceny.Bez stresu, z pasją.

  • Andrzej

    Przedsiębiorczość akurat jest w Liceum.

    • Darek

      tylko że to, jaka ta przedsiębiorczość jest, pozostawia, delikatnie mówiąc, sporo do życzenia :)

    • Szymon

      Sam jestem w technikum i jakiś dużo się nie nauczyłem na przedsiębiorczości, wiedza jest sucha i często nauczyciel nie robi nic w życiu co można przyczepić do przedsiębiorczości, przekazuje jedynie wiedzę ale nie potrafi pokazać jak to wykorzystać w praktyce.

    • Kuba Lewek

      Z podstaw przedsiębiorczości zapamiętałem definicje zwrotów takich jak PKB, czy Spółka Komandytowa… a Liceum ukończyłem rok temu. Od razu po skończeniu szkoły zacząłem pracę, a z domu wyprowadziłem się w październiku i żyję na własny rachunek. Niestety takich elementarnych rzeczy jak panowanie nad prywatnym budżetem musiałem uczyć się samemu w dużej mierze eksperymentując (cieszę się że mam tą umiejętność).

    • Chomik

      Głównie o płaceniu podatków, ,,które przecież należą się państwu”. ;)

  • Karolina

    Sama prawda. Ja dodałabym jeszcze jedno, mianowicie wf w szkole. U mnie polegał on na tym, że nauczyciel dawał nam piłke i grajcie w to i to.. Bez rozgrzewki! Bez pokazania jak prawidłowo ćwiczyć. Nikt nie pytał w co chcemy grać, co chcemy robić, po prostu róbcie to co każe nauczyciel Nikt nawet nie starał się rozwijać naszych zdolności. Nie ważne czy potrafisz świetnie grać w kosza, czy szybko biegasz, a może jesteś świetny w czymś innym, ważne było tylko to czy potrafisz grać w gre zespołową, w którą w danej szkole się gra (chyba każda szkoła ma taką dyscypline, którą sie męczy na każdym wfie) u mnie była to siatkówka, w którą nie potrafiłam grać. Potrafię szybko biegać i świetnie gram w piłke ręczną, ale co to kogo obchodzi, jeśli nie jesteś dobry w tym w co nauczyciel każe grać to po prostu jesteś słaby, sportowca z ciebie nie będzie. Tak to u mnie w szkole było. To jest po prostu marnowanie talentu, ambicji młodych ludzi i ich zapału.

    • Basia

      O tak, wf to była tragedia – jedynie u mnie w liceum był realizowany rozsądnie, bo było wszystkiego po trochę, na przemian. Każdy wtedy mógł znaleźć coś dla siebie. Ja byłam noga w gry zespołowe, ale tak naprawdę nie wydaje mi się, żeby nauczenie mnie tych gier było nie do zrobienia. Zamiast tego zostałam zniechęcona kompletnie do np. siatkówki, którą mieliśmy non-stop na każdym wf w podstawówce i gimnazjum. W gimnazjum miałam już taką traumę, że byłam zestresowana każdą lekcją wf. Szczególnie, że złe odbicie piłki powodowało krzywe spojrzenie nauczycielki i reszty „drużyny”.

      Jedyne czego się w ten sposób nauczyłam, to to, że jestem beznadziejna w siatkówke i nie powinnam grać w tą grę. To chore…i to samo dzieje się w przypadku innych przedmiotów, jeśli pokazuje się komuś ciągle jak bardzo jest w czymś kiepski, zamiast pokazać mu, że warto się tego nauczyć i że jest to po prostu przyjemne.

    • Adam

      U mnie (w podstawówce) w-f polegał na tym, że od 1. klasy nauczyciel dawał piłkę i każdy mógł robić, co chce, czyli grać w piłkę, albo nie grać. I w takiej sytuacji, ja wolałem sobie pochodzić, zająć się twórczością w postaci kopania dziur w piaskownicy. Przez to, w trzeciej klasie, mimo mojej początkowej przewagi, okazało się, że jestem jednym z „gorszych” i nikt mnie nie chciał do drużyny. W tej z kolei sytuacji nie dość, że zostałem wyobcowany, to jeszcze początkowa sprawność fizyczna względem rówieśników została zredukowana i przestałem lubić sport, co z kolei doprowadziło do mojego obecnego skrzywienia kręgosłupa. Gdyby więc nauczyciel dawał piłkę i każdy musiał grać, bez względu na chęci, miałbym jakieś podstawy do rozwoju. W piłce nożnej bardzo liczą się relacje z „kumplami” oraz czas, jaki kto w życiu poświęcił na grę, więc teraz mogę zająć się dłubaniem w nosie, szachami i łucznictwem.

  • Ola

    Bardzo podoba mi się punkt siódmy. Moim zdaniem nie powinno w liceach być podziału na konkretne profile. Większość gimnazjalistów nie poznało siebie na tyle, by określić wyłącznie jaką wiedzę chcą przyswajać. Przecież już w drugiej klasie szkoły średniej uczy się właściwie tylko pięciu przedmiotów maturalnych i nic poza tym. To niesamowicie zawęża horyzonty młodych ludzi. A co z ludźmi, którzy uwielbiają jednocześnie matematykę i historię? Albo kochają biologię, a nie rozumieją chemii? Sama jestem licealistką i mogę powiedzieć, że w 30-osobowej klasie znajdują się przynajmniej cztery osoby, którym nie odpowiada profil, na którym się znajdują (a z tych czterech osób dwie, trzy uważają, że NIE MA dla nich odpowiedniego profilu).
    Dlatego bardzo się cieszę, że istnieją ludzie, którzy są gotowi dyskutować na temat systemu edukacji. Szkoda tylko, że większość nauczycieli (przynajmniej w mojej szkole) nie umie rozmawiać z uczniami, tylko jedni robią pod górkę drugim i odwrotnie. Jakiś czas temu widziałam napis, który jest świetną puentą: „Jeść, spać, robić matmę”.

    • Tatiana

      Też jestem licealistką, rocznik 96 (nowa podstawa programowa, o której mowa w komentarzu).
      1. „Wielu gimnazjalistów nie poznało siebie na tyle, by określić wyłącznie jaką wiedzę chcą przyswajać”/ Tak, to prawda. Jednak przecież pierwsza klasa liceum jest czasem do namysłu. Po zakończeniu pierwszego roku nauki około 40% moim koleżanek i kolegów zmieniło profile. Zastanowili się co chcą robić w życiu, jakie przedmioty pomogą rozwijać ich predyspozycje i jakie odpowiadają ich zainteresowaniom.
      2.”Przecież już w drugiej klasie szkoły średniej uczy się właściwie tylko pięciu przedmiotów maturalnych i nic poza tym.”/ Z tego co wiem klasy humanistyczne jako dodatkowy przedmiot mają przyrodę, a tzw. klasy ścisłe- historię i społeczeństwo. Zależy oczywiście od poziomu szkoły, w jaki sposób przedmioty te są potraktowane, ale nie można mówić, że zakres informacji jest ściśle okrojony jako „humanistyczne” czy „przyrodnicze”.
      3. „A co z ludźmi, którzy uwielbiają jednocześnie matematykę i historię?”/ Gdy wybierałam odpowiednią dla mnie szkołę średnią spotkałam się z takim połączeniem przedmiotów, a nawet z połączeniami bardziej zaskakującymi. Wystarczy poszukać. Poza tym przedmioty zazwyczaj są dobrane w taki sposób, by ułatwić przyszłemu kandydatowi na studia zdanie matury z przedmiotów, które są wymagane na daną uczelnie, kierunek. Osobiście jestem w klasie z rozszerzonymi: polskim, geografią i wiedzą o społeczeństwie. Dodatkowo mam filozofię.
      4. ” NIE MA dla nich odpowiedniego profilu” istnieją szkoły, które oferują program matury międzynarodowej IB. Wiem, to jest po części płatne, ale na pewno nie niewykonalne.

      Co to samego artykułu. Jestem już na ostatnim etapie obowiązkowej nauki i moje spostrzeżenia są bardzo podobne. Jedyne „ale” mam do punktu 11. Co rozumie Pan poprzez „wiedzę bezużyteczną”? Rozumiem, że chodzi o rozwijanie indywidualnych predyspozycji dziecka. Jednak nie można stwierdzić ze 100% pewnością co 10-letnie dziecko będzie chciało robić za 10 lat. Na swoim przykładzie mogę to jasno przedstawić. Odkąd pamiętam chciałam być lekarzem. Kiedy nauczyłam się czytać obok bajek stały książki z ciekawostkami przyrodniczymi. Z wypiekami na twarzy czekałam na kolejne elementy do modelu ludzkiego szkieletu. Moi rodzicie pomagali w rozwijaniu zainteresowań nie zapominając jednak o innych płaszczyznach rozwoju (uczyłam się grać na pianinie, chodziłam na gimnastykę, angielski; ale co najważniejsze z wszystko z własnej woli). Przez całą podstawówkę plany o zostaniu lekarzem nie minęły. Dopiero w gimnazjum zaczęłam interesować się dziennikarstwem. Wybuchła kolejna pasja, która trwa do teraz. Nagle okazało się, że moja wiedza humanistyczna jest bardzo przydatna. Dziękowałam rodzicom, że nie pozwalali mi ‚odpuścić sobie’ np. historii. Teraz mam już sprecyzowany kierunek, który jest moim marzeniem. Są jednak osoby, które nie mają pojęcia co chcą w życiu robić. Segregowanie wiedzy na mniej przydatną i bardziej jest krzywdzące. Zamyka dalsze perspektywy.

    • burak

      Liceum to już trochę za późno na wybór profilu. Ucząc się w szkole wielu przedmiotów tracimy ten właściwy cel, większość osób, która osiągnęła swój cel w życiu stawiała go sobie bardzo wcześnie. Wystarczy spojrzeć na fiński system edukacji. Poza tym temat i tak jest i będzie tłuczony zawsze, nie sądze że czekają nas gruntowne zmiany w edukacji. W Polsce jest o tyle komfortowo że można uczyć dzieci w domu.

    • Tomek

      Tylko, obawiam się, że poprzez edukację w domu dziecko jeszcze bardziej traci realność życia po szkole, jest mniej samodzielne i mniej aktywne społecznie. Jak uważasz?

    • samasia

      Z moich doświadczeń wynika, że realność życia po szkole ma się nijak do szkoły. Mnie nikt nie uczył, jak ogarnąć samozatrudnienie, szkoła przygotowuje co najwyżej do pracy w korporacji.

    • lubietruskawki

      w domu odcięty jesteś w pewien sposób od świata…od ludzi , trudnych sytuacji które pokazują że czasami jest ciężko i nie wszyscy są do nas pozytywnie nastawieni….takich prędzej czy późnej spotkasz…niestety…
      ale owszem to tylko taki jedyny plusik szkoły…

    • Hania

      Otóż to. Człowiek poznaje samego siebie nawet do około 25 roku życia, więc decyzje o podjęciu studiów i wybraniu odpowiedniego kierunku jest zazwyczaj nieświadoma, bardzo często uwarunkowana tym co „mówi” nam otoczenie a nie tym co na prawdę jest dla nas najważniejsze. Sama mam dopiero 19 lat i od tego roku studiuję informatykę.

      Niestety cały ten system edukacji tak zniszczył moją psychikę, że ja, niegdyś ambitna, kreatywna i zmotywowana do działania, ledwo ukończyłam 3 klasę liceum, nie mówiąc już o kompletnym braku chęci, motywacji oraz poczucia sensu studiowania czegokolwiek. Na studia poszłam, bo jeszcze nie wiem co tak na prawdę chcę robić w swoim życiu, a „rodzice zawsze mają rację”, ale czuję, że rezygnacja ze studiów (co nie oznacza końca edukacji, bo programowania uczę się sama, z czystej ciekawości) mogłaby być bardzo dobrą decyzją w moim życiu, ponieważ stres, że muszę się nauczyć danego materiału do tego i tego dnia, tak mnie paraliżuje, że nawet kiedy chcę się uczyć to zwyczajnie nic mi nie wchodzi do głowy. Chociaż studia zaczęłam z naprawdę pozytywnym nastawieniem to zaczyna mnie to przerastać i zaczyna się powtarzać to samo co było w liceum.. i w gimnazjum.. i w podstawówce z niewielkim stopniu też, czyli opuszczanie zajęć z powodu stresu jaki we mnie wywołują, co z kolei wywołuje jeszcze większy stres, że nie będę umiała czegoś co było na zajęciach. I błędne koło się zamyka, a nieustanny stres jak wiadomo bardzo obniża samopoczucie psychiczne, co niestety zmusiło mnie do skorzystania z pomocy specjalistów.

      Dodam, że nie obwiniam tu systemu edukacji w 100%, nie mniej jednak miał on ogromny (i niestety bardzo negatywny) wpływ na to jakim człowiekiem jestem w tym momencie. Bardzo żałuję, że jako dziecko w zasadzie nie miałam możliwości na edukację domową, nie wspominając o tym że dopiero po napisaniu matury dowiedziałam się, że taka możliwość w ogóle istnieje. Jeżeli, kiedykolwiek będę miała dzieci, to na pewno dobrze przemyślę to, czy posyłać je do szkoły, czy jednak wybrać edukację domową.

      Pozdrawiam serdecznie wszystkich, którym szkoła w jakimś stopniu uprzykrzyła resztę życia i trzymam kciuki za to żeby takie osoby mimo tego nie poddawały się i pracowały nad sobą, a co najważniejsze świadomie podejmowały życiowe decyzje.

  • Oineh Tok

    Aktualnie sam jestem uczniem, chodzę do I klasy liceum i zastanawiam się jak wyeliminować w sobie te błędy. Czy będzie może jakiś artykuł lub ktoś wyjaśni w jaki sposób tego dokonać? Jak kształcić odpowiednie postawy, jakie afirmacje stosować.
    2 wielbłądy za pomoc, więc warto.

    • Kuba

      Książki, artykuły, itd. wiedzy jest ogrom, nic tylko czerpać i wykorzystywać w życiu :)

    • Monika

      Myślę, że najważniejsze, żebyś był świadom co się dzieje i się tym nie przejmował i uzupełniał (a nawet zdobywał) wiedzę potrzebną tobie poza lekcjami. Jeśli dostałeś złą ocenę z interpretacji wiersza – trudno. Najważniejsze, że jesteś pewien, że wiersz przeczytałeś, zrozumiałeś i sam go sobie zinterpretowałeś, lub poczytałeś sobie na jego temat z różnych (to jest ważne – różnych, zróżnicowanych) źródeł.
      Niestety, jeżeli zależy Ci na studiach, papierku itp, to musisz się też do tego zrytego systemu dostosować („Słowacki wielkim poetą był” i koniec”

    • Psycholog Dziwny

      Jeśli chcesz żeby ktoś ci wyjaśnił w jaki sposób wyeliminować w sobie błędy, musisz je najpierw mu przedstawić, bo tak to trzeba się domyśleć jakie błędy dokładnie możesz mieć, a później napisać definicje naprawiania tych wad :).

  • Marta

    Niestety musze sie zgodzic ze wszystkimi punktami ujetymi w tym artykule. Sama za miesiac pisze mature i udalo mi sie juz zauważyć wielokrotnie jak bardzo ograniczony jest nasz system edukacji. Moj rocznik dziala jeszcze na starej podstawie programowej, ktora jest bardzo obszerna. Do tego większość nauczycieli to naprawde ograniczeni ludzie trzymajacy sie chorych schematow i przygotowujący „tylko do matury”. Robia z nas bande lemingow pracujących w określonych schematach :). Trzeba miec mocna psychike zeby ppradzic sobie z uszkodzeniami, ktore wyrzadzil nam polski system edukacji.

    • Bartosz

      Również kończę szkołę średnią w tym roku i zgadzam się z całością tekstu. Warto zwrócić jednak uwagę, że wina nie leży po stronie nauczycieli, a systemu. Uważam, że 90% poznanych przeze mnie nauczycieli, gdyby tylko mogła – prowadziłaby lekcję inaczej. Gdyby to robili a klasa nie zdałaby matury- wtedy ponieśliby konsekwencje choć działali dla dobra uczniów.

      Rozmawiałem kiedyś z nauczycielką chemii na temat braku doświadczeń w szkołach – okazuje się, że to nie jest ich wina, że tego nie ma… szkoły muszą „rozliczać się” z każdego doświadczenia, posiadać specjalne zbiorniki na roztwory itp. Szkołom po prostu nie opłaca się babrać w tej całej biurokracji, a nauczyciele – cytując nauczycielkę – „dokładnie wiedzą co mogą wylać do zlewu a co muszą zutylizować”.

      Niestety to system z nauczycieli zrobił „bandę lemingów pracujących w określonych schematach ” – dalej to już efekt domina.

  • Już sporo czasu minęło, od kiedy skończyłem szkołę. Teraz siedzę sobie na studiach. Dopiero tutaj zacząłem samodzielne myśleć, nie czując strachu (wyzbyłem się go gdzieś po drodze) przed popełnianiem błędów i posiadaniem własnego zdania.

    Dopiero na studiach zacząłem pisać, czyli robić coś, co sprawia mi wielką frajdę. I w czym mogę się rozwijać. Wcześniej? „Ta interpretacja jest zła, jesteś idiotą”. Cytat z gimnazjum. Teraz bym tym paniom powiedział „Idźcie do dziewięciu piekieł z waszym sztywnym rozumieniem świata”.

    Mam tylko nadzieję, że jak się kiedyś dorobię dzieciaków, to one nie będą uczone w patologiczny, bo ograniczający je, sposób.

    Być może teksty takie jak te pomogą zrozumieć osobom odpowiedzialnym za szkolnictwo to co one robią. I dzięki temu możliwe, że dożyjemy sensownych czasów.

  • Ewa

    Świetny tekst! Jestem nauczycielem, ale też matką. Z przerażeniem patrzę na potworne wady polskiego systemu edukacji! Sama odżyłam dopiero po skończeniu szkoły, gdy poszłam na studia. Podobnie mój starszy syn. Młodszy, kiedyś ciekawy świata, pełen pomysłów i zapału do pracy, teraz stopniowo traci ten zapał, a jest dopiero w IV klasie… Ja miałam wielkie szczęście, bo przez kilka lat prowadziłam zajęcia w przedszkolu Montessori. Tam poznałam prawdziwą pedagogikę. I to w pełni otworzyło mi oczy. Zobaczyłam jak można pracować, żeby nie niszczyć wewnętrznej motywacji dziecka. Jak wiele wiedzy dziecko zdobywa, gdy nie jest zmuszane do uczenia się tego, co akurat jest w programie na ten konkretny dzień, tydzień, miesiąc. Gdy samo ustala swoje tempo pracy. Gdy samo decyduje czym będzie się dzisiaj zajmować. Niestety, obecnie pracuję w szkole publicznej. A tu stale zwiększa się liczebność klas, rozlicza z każdej godziny realizacji programu, wprowadza krzywdzące systemy oceniania. I chce mi się krzyczeć… Nauczyciele, obudźcie się, zacznijcie mówić głośno, że system jest zły! Widzimy to przecież na co dzień, nie powinniśmy milczeć!

    • Karolina

      Tekst genialny, zgadzam się w 100% z autorem i z moją przedmówczynią Ewą. Ja też jestem nauczycielką i matką i mnie również przeraża to, co nasz system edukacji robi ze szkołą, z uczniem i z … NAUCZYCIELEM. Zdziwieni?? A tak, z nauczycielem. Bo on w tym momencie jest równie pokrzywdzony, co ów uczeń. Zastanawiam się również co da wspomniany przez Ewę „krzyk nauczycieli”? Kto go usłyszy? Dyrektor? I co zrobi? Inni nauczyciele? Część z nich się z nami zgodzi a pozostali staną okoniem i nas wyśmieją. Nie martwcie się, nasz krzyk do ministerstwa nie dotrze, a choćby i dotarł, nic nie zdziała.

      Najbardziej boli mnie fakt, iż duża część pracujących w publicznych szkołach nauczycieli (starej daty) żyje nadal w tych zamierzchłych czasach, stosuje te same prehistoryczne metody prowadzenia zajęć i gnębienia uczniów i co gorsze uważa, że szacunek należy mu się (nauczycielowi) z góry, z zasady.
      Boli mnie również postawa dyrekcji i grona pedagogicznego, gdy każdy przejaw uczniowskiej czy nauczycielskiej kreatywności jest natychmiastowo i brutalnie tłumiony. Zwyczajne omawianie „Dziadów” przy zgaszonym świetle, zasuniętych zasłonach i wśród zapalonych świec, było w tak złym stylu, że spotkało się z upomnieniem dyrektora… Podobnie było z zarzutem typu „ma Pani zbyt dobry kontakt z uczniami” – co to znaczy „zbyt dobry”? To, że przychodzą z chęcią na zajęcia, to ,że mówią o swoich problemach, bo wiedzą, że ich nie wyśmieję, to że zawsze staram się mieć dla nich czas, nie ważne czy na dyżurze, czy na okienku, czy po lekcjach? Bo wiedzą, że nie mówię o nich „o tego tylko na to stać”, „czego ty się po nim spodziewałaś” itp. itd.
      Wracam więc do pytania z początku mojej wypowiedzi. Co da ów nauczycielski krzyk? Kto go usłyszy? Co z tego, że powiem, że system jest zły, że program jest przeładowany, że uczeń (i nauczyciel) nie jest szanowany, że każda próba działania, eksperymentowania, zarówno przez ucznia jak i nauczyciela spotyka się z krytyką? Dowiem się ewentualnie, że mogę zmienić pracę, jeśli taki system mi nie odpowiada. A jeśli uda mi się ją utrzymać, to dołożą mi ilością uczniów (już mam 28 osób, w sali przeznaczonej dla max. 20). Przykre, ale prawdziwe.
      Piszę tu tylko i wyłącznie z własnego doświadczenia i wszelkich urażonych moim komentarzem nauczycieli czy dyrektorów bardzo przepraszam.

    • bezczas

      Upomnienie dyrektora?! Pomysł z takim omawianiem „Dziadów” nadzwyczaj interesujący. Aż mi się przypomniało „Stowarzyszenie Umarłych Poetów” (film, bo akurat książka, notabene na podstawie scenariusza, jest cokolwiek beznadziejna). Nie myślała Pani o szkole demokratycznej?

    • Karolina

      Szkoła demokratyczna?? Owszem, ale nie w Polsce. Wydaje mi się, że jako naród nie dojrzeliśmy jeszcze ani emocjonalnie, ani intelektualnie do tego rodzaju rozwiązań (niestety).

  • Kinga Kot

    Swietny artykul! Zgadzam sie z Toba Michal, ze polska edukacja robi wiecej szkody niz pozytku. Z wlasnego doswiadczenia wiem, co to znaczy wziac sobie do serca slowa nauczycieli. Mialam przyjemnosc poznac inny system edukacji, ktory daje mozliwosc wyboru, uczy myslenia, kreatywnosci i ksztaltowania wlasnego zdania. Prace pisemne nalezy pisac wedlug wlasnego zdania opartego na roznych zrodlach. Religia nie jest ograniczona tylko do chrzescijanstwa ale rowniez do innych religii wystepujacych w swiecie (przedmiot sie nazywa „religia i etyka”). Zaczynajac edukacje tu gdzie mieszkam dalo mi do myslenia: czy to ich system edukacji jest jakis slaby, czy to u nas w Polsce przeladowuja nas wiadomosciami? Po czasie odpowiedz przyszla sama: polskie szkoly sa slabe, dlatego ze nie daja mozliwosci myslenia, tylko wkuwania. To jest to co pamietam ze szkoly-WKUWANIE! Nic z tego juz nawet nie pamietam. W liceum byla taka sytuacja na historii, kiedy kumpela siedzaca obok pisala sprawdzian wlasnymi slowami, a ja wkulam wszystko z zeszytu jak wiersz, co do slowa. Ona dostala 3, a ja 5!! Roznica jest taka, ze ona to umiala i rozumiala, a ja nie. Chodzilo mi tylko o dobra ocene, nic wiecej. Ogolem rzecz biorac to w ogole nie wspominam szkoly jako czas, w ktorym chcialam sie czegos nauczyc. W podstawowce nauczycielka od matmy nie umiala kontrolowac swoich nerwow i kiedys nazwala nas, cytuje: „kupa gnoju”. Inna matematyczka zartowala ze slabszych uczniow przed cala klasa. Najlepsze ze wszystkiego uwazam podwyzszanie ocen koncowych uczniom, ktorzy reprezentowali szkole w sporcie. Idzie bezczelnie nauczyciel WFu do pani od matmy czy plastyki i prosi o podwyzszenie oceny, bo ta osoba odniosla sukces w imieniu szkoly w SPORCIE! Nie w olimpiadzie matematycznej, ani plastycznej ale w sporcie! Czy to normalne? Nie. Ale nadal praktykowane. Jednak mysle, ze szkoly w duzych miastach funkcjonuja troche w inny sposob, bo ja chodzilam do podstawowki i gimnazjum w malej miejscowosci. Kiedy poszlam do liceum do wiekszego miasta, troche sie pozmienialo i nie bylo takich naciagan ocen typu „na sportowca”. Zycze wszystkim obecnym uczniom wytrwalosci i wiary w swoje mozliwosci! Pozdrawiam:)

  • Krystian Małecki

    Raczej się zgodzę z treścią artykułu, choć chciałbym obronić kilka z wyżej wymienionych punktów:

    1. “Popełnianie błędów jest złe” – oczywiście człowiek uczy się na błędach, jednak nie oszukujmy się, szkoła czy raczej nauczyciel wymaga od ucznia tej wiedzy i umiejętności których wcześniej starał się nauczyć. Każda lekcja niesie za sobą pewne cele – nauczenie ucznia konkretnej wiedzy oraz rozwijanie pewnych umiejętności. Trudno wymagać od kogokolwiek czegoś z czym spotyka się po raz pierwszy – wówczas jest czas na uczenie się i popełnianie błędów. Jednak nie można nikogo chwalić za popełnianie błędów wtedy, gdy dane wiadomości, umiejętności zostały nauczone. Podobnie jest w pracy zawodowej. Nikt nie pochwali pracownika za to, że popełnia błędy. Co najwyżej na etapie wdrażania do pracy ludzie zostają przeszkoleni.

    2. “Na każde pytanie jest tylko jedna odpowiedź” – ogólnie w życiu należy szukać kreatywnych rozwiązań różnych problemów. Zgodzę się także, że uczenie pod klucz nie jest dobre. Jednak w przypadku wszelakich egzaminów o zasięgu wybiegającym ponad szkołę – klucz gwarantuje, że dana ocena jest obiektywna, bo podobnie jak uczeń może różnie podejść do interpretacji tekstu, tak samo nauczyciel (egzaminator) różnie na tę może spojrzeć. W ten sposób dwie osoby, które jednakowo rozumieją tekst mogłyby zostać potraktowane inaczej.

    3. Szkolny system oceniania – zgadzam się z opisanymi argumentami. Należy jednak pamiętać, że każdy medal ma dwie strony, a kij dwa końce. Bardzo często uczniowie uczą się nie dla wiedzy lecz dla ocen. Należy jednak pamiętać, że ocena (czy to opisowa w kl. I – III szkoły podstawowej czy wyrażona w inny sposób) jest sygnałem dla ucznia o jego osiągnięciach. Szkoła stosując pomoc psychologiczno-pedagogiczną stawia mniejsze wymagania uczniom, u których stwierdzono zaburzenia w zdobywaniu umiejętności poznawczych oraz uczniom o obniżonej inteligencji.

    4. “Musisz być posłuszny autorytetom” – nikt nie jest nieomylny, również nauczyciel. Nie wolno zamykać się na rzeczową dyskusję. Pozwala ona kształtować umiejętność wyrażania własnego zdania oraz jego argumentowania. Nie mniej dyskusja taka MUSI być rzeczowa i do czegoś prowadzić. A co do posłuszeństwa… Nauczycielowi należy się choć odrobina posłuszeństwa. Wystarczy przypomnieć sobie głośne niegdyś sprawy nauczycieli z koszami na głowach. Oczywiście na zdrowe posłuszeństwo wobec nauczyciela powinno wynikać z szacunku do niego.

    7. Podział na przedmioty humanistyczne i ścisłe – w szkole średniej wybieramy czego chcemy się uczyć – jednak należy pamiętać, że wybór danej klasy jest, a przynajmniej powinien być świadomym wyborem danej osoby. Jednak na przykład ucząc się historii w rozszerzonym zakresie szkoła uczy matematyki. Oczywiście ponieważ uczeń nie zadeklarował chęci uczenia się tego przedmiotu w zakresie rozszerzonym nie wymaga się tego od niego. A tak na marginesie znam osoby, które odnosiły sukcesy (już od podstawówki) zarówno w konkursach matematycznych, jak też przyrodniczych i z języka polskiego. Wystarczy chcieć.

    10. Wszystkie dzieci są w klasach z dziećmi w tym samym wieku – dzieci w tym samym wieku rozwijają się w podobny sposób, mają podobne zdolności poznawcze oraz podobny bagaż doświadczeń. Odgrywa to głównie role w pierwszych klasach szkoły podstawowej, stąd też debaty czy 6-letnie dziecko można posłać do szkoły (czy da radę osiągnąć takie efekty jako przeciętny siedmiolatek)

    11, 13. Pomijanie kluczowych umiejętności i uczenie bezużytecznej wiedzy – na etapie nauki szkolnej szkoła uczy wiedzy ogólnej i podstawowych umiejętności, ponieważ ciężko jest stwierdzić, które wiadomości będą przydatne w przyszłym życiu. W końcu każdy z nas wybiera inną ścieżkę kariery. Co prawda „system edukacji nie zawiera w programie takich przedmiotów, jak: Inteligencja emocjonalna, inteligencja finansowa, budowanie relacji i związków, komunikacja międzyludzka, przedsiębiorczość, rozwiązywanie problemów, dbanie o ciało, dbanie o zdrowie, medytacja, planowanie przyszłości, zarządzanie czasem i wiele, wiele innych. „, ale elementy większości z nich realizowane są na przedmiotach ogólnych – komunikacja międzyludzka i budowanie relacji na zajęciach wdż, dbanie o ciało i zdrowie na zajęciach z przyrody i później biologii, planowanie przyszłości na wosie i zajęciach z wychowawcą (tam też zarządzanie czasem), itd. / przynajmniej ja tego doświadczyłem jeszcze za czasów edukacji szkolnej/

  • K

    Prywatyzacja załatwia wszystkie te problemy od ręki.

  • Mateusz

    Niestety to nie tylko problem Polskiej edukacji ale i szerszej czesci swiata. Studiowalem w Polsce Inzynierie Materialowa, obecnie studiuje Inzynierie Mechaniczna w Anglii i zasadniczo nie widze wielkiej roznicy w systemie edukacji tyle ze tutaj ludzie przyjezdzaja zmotywowani i ucza sie sami. Ale za to duzo pozytywow slyszalem o Niemieckiej edukacji. Tam pierwsze czego ucza to uczyc innych. Uczniowie sa przygotowywani zeby przekazywac wiedze i uczyc sie od siebie nawzajem. Byc moze to jest sekret Niemieckiej gospodarki. Pozdrowienia dla rodakow :)

  • Lawendowa

    Dobry tekst, zgadzam się z nim w 100 %. Mam 33 lata i sama zostałam skrzywdzona przez system edukacji. Nigdy w zyciu nie byłam tak zestresowana, jak wówczas gdy chodziłam do szkoły. Wieczne klasówki, odpytywanie, prace domowe bardzo mnie męczyły, niepotrzebie zużywały energię zyciową przez co nie miałam czasu na zajmowanie się rzeczami, które mnie naprawdę interesują. Nie miałam czasu na żadne hobby. Z jedej strony była szkola, a z drugiej obowiązki domowe. Co najwyżej mogłam poświęcić chwilę przed zasnięciem na czytanie książki. Byłam wzorową uczennicą z samymi piątkami od góry do dołu, ale jednocześnie zalęknioną i niepewną siebie. Koledzy z klasy wyzywali mnie od kujonek. Hałas panujący na przerwach powodował, że najczęściej wracałam do domu z bólem głowy. Zazdrościłam chorym dzieciom, że mogą mieć nauczanie indywidualne. Od zawsze kochałam przyrodę, interesowalam się ziolami, kwiatami, chcialam w przyszłości zajmowac się ogrodnictwem. Niestety członkowie mojej rodziny kpili z tych pomysłów i chcieli żebym została panią w garsonce pracującą na bezpiecznej posadzce gdzieś w urzedzie lub w banku. Wytrzymałam 2 lata pracując w ten sposób. Od pewnego czasu wracam do realizacji moich marzeń sprzed lat, co według mojej rodziny jest traktowane niepoważnie. Mam syna, który w tym roku bedzie objety obowiązkowym przygotowaniem przedszkolnym i zaczęliśmy się starać o realizację obowiązku szkolnego w ramach edukacji domowej. Nie wiem jak sobie finansowo poradzimy, ale jakoś musimy dać radę bo jestem pewna swoich priorytetów.

    • Kasia

      Jakbym czytała o sobie… też wzorowa uczennica, posłuszna i podporządkowana, pozbawiona własnego zdania, własnej osobowości, za to pełna kompleksów. W szkole żadnych problemów – problemy zaczęły się po studiach, gdy trzeba było iść do pracy, ale najpierw samodzielnie ją znaleźć. Ech… Na szczęście minęło wiele lat. Dziś syn jest w pierwszej klasie liceum – obserwując jego edukację oraz to, co dzieje się obecnie ze szkołą, oboje z mężem postanowiliśmy młodszej córki nie posyłać do szkoły – ma 8 lat i obowiązek szkolny realizuje w domu. Uważamy, że była to najlepsza decyzja, jaką mogliśmy podjąć.

    • samasia

      Ja też jakbym czytała o sobie. Mam 30 lat i po nocach śni mi się nadal, że przychodzę na klasówkę i nie znam odpowiedzi albo plączą mi się kartki.
      Do tego kompletny brak wiary w siebie, paraliżujący strach przed podejmowaniem decyzji i robieniem nowych rzeczy (co jeśli popełnię błąd?). Klasyczny syndrom prymuski. Dla córki też rozważam edukację domową albo demokratyczną.

    • Miłośnik matematyki i książek

      Przez system edukacji czy przez rodziców? Nigdy nie byłam wzorową uczennicą. Uczyłam się tego, co kazali w szkole. Z różnymi efektami. Rodziców nie było stać na takie dodatkowe zajęcia jak taniec, czy język obcy. Zawsze słyszałam, że uczę się dla siebie i jeśli nie przynosiłam dwój (system z ośmioklasówką, oceny 2-5), to nie było marudzenia, że się nie uczę. Wolny czas spędzałam czytając książki, albo na podwórku z koleżankami. Skończyłam liceum, a jak zaczęłam zarabiać poszłam na studia. Byłam nieśmiała i zakompleksiona, ale to nie była wina szkoły, tylko moich rodziców, którzy uważali, że nie chwali się dzieci za wypełnianie swoich obowiązków. Każda wiedza służy rozwojowi umysłowemu, nawet najbardziej bezużyteczna. Tak jak każdy ruch, każde ćwiczenie fizyczne ma dodatni wpływ na fizyczny rozwój ciała, tak każdy rodzaj nauki rozszerza zdolności umysłu. Nie wkuwałam, jeśli nie musiałam, a teraz mam problemy z pamięcią. Ale nikt mi nie wmawiał, że matematyki nie można się nauczyć, albo, że jest za trudna (a to robi większość rodziców – nie chcą się przyznać, że mogą być w czymś gorsi od dzieci, więc twierdzą, że matematyka jest za trudna, żeby ją zrozumieć). Rozwiązywanie zadań matematycznych lub fizycznych to nie tylko nauka schematów. Schematy tylko wspomagają to co niezbędne: przypomnieć sobie wyuczoną wiedzę, znaleźć powiązania i wyciągnąć wnioski. Ale jeśli ktoś nie ma wiedzy, to niestety zostają wyłącznie schematy.
      System edukacji jest zły, ale nauczanie indywidualne nie jest rozwiązaniem. Dzieci muszą mieć kontakt z rówieśnikami, bo nie nauczą się budowania relacji z innymi ludźmi. Nie w dobie komputerów, tabletów i palmtopów. To nie może być tylko kontakt z przyjaznymi ludźmi, bo nie nauczą się radzić sobie z negatywnymi emocjami i zachowaniami.
      Wszystkie przedmioty są ważne, ale np. uzdolnienia manualne, muzyczne można rozwijać bez pomocy nauczyciela, a matematyki i poprawnej polszczyzny najłatwiej jednak nauczyć się w szkole.
      System edukacji wymaga reform, wszyscy to wiedzą, ale nie da się go po prostu wymienić na inny. Proponuję zacząć od reformy oceniania. Zminimalizować ocenianie za zgodność ze schematem. Interpretacja w stylu „co autor miał na myśli” jest największą bzdurą w edukacji. Teksty literackie odbieramy emocjonalnie, więc każdy interpretuje je inaczej. Wymaganie, żeby uczeń interpretował jakiś tekst w określony sposób jest cofaniem go w rozwoju. Rozumiem niższą ocenę jeśli interpretacja nie uwzględni odniesień do epoki, w której powstał utwór, ale nie za inne rozumienie treści.

    • Marta S

      Mam wrażenie, że pisałam to ja :) jestem w drugiej klasie liceum. Od zawsze wzorowa, pilna uczennica, grzeczna, pomocna dziewczyna. Niestety także bez własnego zdania, z kompleksami (choć na szczęście nie jest ich wiele). Mam problem ze sobą. Szkoła zabila we mnie wszystkie plany, marzenia, praktycznie już w zarodku. Pochodzę że wsi, nie chodzilam do przedszkola. Może to i dobrze. Zanim poszłam do zerówki sama nauczyłam się pisać, czytać, znałam się na zegarku. Byłam ciekawa świata, uwielbialam uczyć się języka angielskiego. Niestety w naszym miasteczku byłam ostatnim rocznikiem, który DOPIERO od 4 kl miał język obcy. Uczyłam się angielskiego z książek i płyt od kuzynek, które wyjechały do Londynu. W wieku 5 lat wiedziałam że chce zostać nauczycielka właśnie tego języka . Byłam tego pewna jeszcze przez jakieś 4 lata, dopóki nie znalazłam się w 4 klasie. Wtedy przybyło przedmiotow, z każdego musiałam się uczyć równie dobrze. Wynikało to z nacisku nauczycieli, a także z tego,ze rywalizowałysmy z koleżankami, lecz wydaje mi się że była to bardziej zdrowa rywalizacja, ale jednak… Nigdy nie miałam żadnej pasji, poza nałogowym czytaniem książek. Wszyscy moi rówieśnicy od zawsze mieli jakąś zajawkę, chcieli wykonywać wymarzony zawód. A ja juz tak ok. 10 lat, jak chciałam być ta nauczycielka to te pragnienie powoli wygasalo, mimo że nadal byłam najlepsza z tego przedmiotu. Później pojawił się pomysł zostania przewodnikiem wycieczek, ale nie był to szczyt moich marzeń. Prawdziwy problem pojawił się pod koniec gimnazjum. Żadna z koleżanek – kujonek nie wiedziała do jakiej szkoły pójść, co dalej robić w życiu. Byłyśmy z wszystkiego dobre, ale nic nas nie interesowało.. Ja na szczęście wybrałam chyba najmadrzej. Dziewczyny poszly, nieprzekonane, do liceów o narzuconych z góry rozszerzeniach (mat-fiz, biol-chem itp). Ja trafiłam do klasy dwujęzycznej turystycznej. Jedynym rozszerzeniem nakazanyn był j. ang, resztę wybieralismy pod koniec pierwszej klasy.( A nazwa turystyczna ma w sobie to, że raz w tygodniu mam przedmiot Turystyke i częściej niż inni jeździmy na wycieczki) I dopiero w tej szkole, w dużym mieście, między uczniami o podobnych umiejętnościach językowych, z anglistami o wysokich wymaganiach, choć dobrze uczącymi, doszło do mnie ze wcale nie jestem wybitna z angielskiego (co wpajali mi w podstawówce i gimnazjum).. To było bardzo niemiłe doświadczenie. Poziom byl dużo wyższy niż wcześniej. Z innych przedmiotów nadal byłam i jestem jedną z lepszych. Gdy wybieralismy rozszerzenia, na początku chciałam wziąć geografie i historie, jakoby studiować turystyke. Jednak po pewnym czasie pojawiła się wątpliwośc, czy nie biologia i chemia. Ostatecznie je wybrałam, nie żałuję. Niestety nadal uczą nas tak samo.. Cały czas stres, wkuwanie nowych partii materiału, zdawanie na 4 lub 5, a po tygodniu nie pamiętamy połowy wiadomości. Lubię te przedmioty, ale jest za dużo informacji, które nawet jeśli mnie interesuja, to na krótko, bo kolejne testy, kartkówki, referaty.. Za rok matura, wybór studiów a ja nie wiem co mogłabym robić. Niby chce iść na medycyne, ale 1) nie szaleje za tym 2) boję sie że to w jaki sposób system narzuca mi naukę, nie przyda się kompletnie na studiach i polegnę. Poza tym, nie umiem wyobrazić sobie jak zacznę pracować po studiach, panicznie się tego boję. Oto przykład co ten chory system robi z ludźmi, z ich marzeniami, ciekawością świata, kreatywnością, talentami..

  • Paulina

    Tak strasznie żałuję, że nikt nie powiedział mi tego na początku mojej edukacji. Może teraz nie miałabym tyle za złe szkole i nauczycielom. Nie wszystkim oczywiście, ale na prawdziwych nauczycieli – pedagogów trafiłam chyba tylko trzy razy w życiu.
    Wszystkie te cechy, których teraz w sobie nie lubię, wykształciłam właśnie w szkole. Kiedy byłam mała wierzyłam, że jestem wyjątkowa, jedyna w swoim rodzaju, zdolna, kreatywna i inteligentna. I wiecie co? Dopóki w to wierzyłam, tak właśnie było. Niestety, szkoła szybko zaczęła sprawiać mi problemy. Po paru badaniach i rozmowach okazało się, że jestem dyslektykiem, co oznaczało, że muszę poświęcić wielu rzeczom więcej czasu, by je zrozumieć, umieć. Niestety, to, że nie zawsze pisałam wszystkie sprawdziany dobrze za pierwszym razem, bo po prostu nie nadążałam często z nauką, pozwoliło mi uwierzyć, że nie jestem wyjątkowa i zdolna. Wcale.
    Nauczyłam się za to żeby nie wychodzić przed szereg, nie popełniać błędów, nie wtykać nosa w nie swoje sprawy – przez co kompletnie odsunęłam się od ludzi, żeby czasem ich nie urazić, nie dyskutować, siedzieć grzecznie, nie mówić swojego zdania, nawet jeśli jest trafne, bo „i tak nic nie zmienisz” (Tu przypadek niekompetentnej nauczycielki. Traktowała uczniów okropnie, nie myśląc nawet, że kogoś rani, więc zgłosiłam to do wychowawcy. Taką dostałam odpowiedź). Teraz, kiedy przede mną matura, zaczęłam się stresować, bo boję się, że znów może nie starczyć mi czasu, by wszystkiego się nauczyć. Dlatego zaczęłam szukać, jak się zmotywować do nauki, jak zwalczyć strach przed porażką, która, w tym przypadku, będzie mnie słono kosztować.
    Tak trafiłam na tę stronę, aż w końcu, na ten artykuł. Zaczęłam szukać w sobie tych skrzywień osobowości, które spowodowała polityka szkolna. I żałuję, że zorientowałam się tak późno. Po wielu przeczytanych tu artykułach i wielu analizach samej siebie zaczęłam wracać do kreatywnej, zdolnej, energicznej, zmotywowanej, optymistycznej, absolutnie fantastycznej siebie. Wybaczyłam sobie wszystkie te porażki, wybaczyłam sobie nawet tę przyszłą, która nie jest jeszcze nawet pewna. Bo to, że potrzebuję na coś więcej czasu wcale nie oznacza, że jestem głupia. Że brak mi talentu. To absolutnie ok, odnosić porażki. Jestem cudowna! I wystarczy mi, że ja to wiem.

  • Irena

    Zgadzam się z panem Krystianem Małeckim. Dodam, że schematy: 1,2,3,4,5, 6 nie wynikają akurat z systemu, tylko powszechnie panującej mentalności społecznej. Zdarzają się jednak nauczyciele wykraczający osobowością poza owe ramy myślowe i dzięki nim uczniowie funkcjonują poza schematem

  • Mariusz

    Powiem tylko, że w pełni się z tym wszystkim zgadzam, a zwłaszcza z punktem pierwszym, coś we mnie ostatnio lekko pękło, gdy nauczycielka powiedziała nam, że „najlepiej uczyć się na cudzych błędach” – w pełni się z tym nie zgadzam, bo w taki sposób nie możemy sami doznać konsekwencji naszych działać i wyciągnąć wniosków prosto ze swojego wnętrza. Długo mógłbym tutaj pisać, ale myślę że każdy coś o tym wie i mam tylko nadzieję, że ja też nie pozwolę by szkoła definiowała w jakikolwiek sposób moje życie. Lubię śpiewać, tańczyć, bardzo dobrze z nam angielski, jego nauka jest dla mnie przyjemnością – a tak przy okazji, zauważyłem że jestem w mojej klasie najlepszy z angielskiego, mimo że zwykle mam 3-4 ze sprawdzianów i kartkówek, ale bez zastanawiania się potrafię płynnie powiedzieć nawet 10 zdań po angielsku i nikt z mojej klasy nie ma takiego akcentu jak ja. A znajomi, którzy dostają ciągle 5 i 6, bo wykłuwają wszystko na pamięć nie potrafią prostego zdania powiedzieć i się zastanawiają minutę jak coś powiedzieć. Paradoks. Pozdrawiam Was wszystkich i życzę Wam, żebyście sami świadomie kreowali swoje życie :)

  • Mariusz

    I pomyśleć, że już przynajmniej sto lat temu te same błędy były rozpoznane i nic w tej kwestii do teraz się nie zmieniło.

  • n-l

    Czy jest gdzieś na świecie system, który tych błędów nie popełnia?

  • lukasz

    swietny, madry artykul. szkoda, ze taki smutny w swym wydzwieku :(

  • Dobry artykuł:)

  • Włodzimierz Zielicz

    1.Polski system, przede wszystkim, w przeciwieństwie do systemów krajów rozwiniętych, praktycznie nie pozostawia uczniowi większego wyboru nawet na poziomie liceum. Powyżej szkoły podstawowej, a i to z zastrzeżeniami, nie ma czegoś takiego (albo jest tak gigantyczne, że nie do opanowania(nie mówiąc o celu!) dla 99,99% populacji) jak kanon wiedzy ogólnej – to przeżytek sprzed 100 lat(a i wtedy były klasy realne(przyrodnicze), matematyczne, klasyczne(humanistyczne) etc.)
    2.Autor nie bierze pod uwagę roli szkolnej biurokracji i oraz grup interesów w kształtowaniu takiej, a nie innej szkoły. Jakie są skutki tego, że 90% rocznika(powyżej docelowych(!) wskaźników bogatych krajów UE) jest w szkołach kończących się maturą?
    3.Autor nie bierze pod uwagę kwestii zasobów – jakie są skutki tego choćby, że polska klasa jest na tle klas i grup w krajach rozwiniętych bardzo liczna, a jednocześnie ogromnie zróżnicowana co do zdolności i motywacji. W Polsce do samej matury uczą się razem(!) ci co ją zdają z danego przedmiotu, z tymi, którzy nie.

  • Ela

    Zgadzam się z tym artykułem w 100 % – jestem starą nauczycielką i od przeszło 30 lat z przerażeniem patrzę na współczesną szkołę. Ogromny wysiłek nauczycieli w zamian traktowanie jak „chłopca do bicia” dla rodziców i parasol ochronny decydentów oszczędzających na oświacie. A to wszystko za śmieszne pieniądze. Praca w polskiej szkole to tak jak oranie pola łyżeczką do herbaty. Temat rzeka, nie chce się negatywnie nakręcać, więc kończę. Pozdrawiam i życzę odpoczynku w Święta.

  • Damian Płaza

    Michale, naprawdę wartościowy artykuł. Wielokrotnie spotykałem się z niektórymi błędami, o których napisałeś. Podnoszenie poziomu świadomości ludzi o edukacji ich dzieci to kluczowa sprawa, ponieważ w przyszłości te dzieci będą dorosłymi, którzy będą budować świat.

    Myślę, że to co jest szczególne w Twoim wpisie to sposób podejścia do zmiany – oddolnie, a nie odgórnie. Pokazujesz jak przywrócić odpowiedzialność za edukowanie dzieci i stosowanie świadomych rozwiązań. Często właśnie chęć odgórnego załatwienia spraw związanych z nauczaniem dzieci (reformy, etc.) powoduje oddalenie odpowiedzialności i narzekanie bez konkretnych działań.
    Działanie zgodnie ze słowami Mahatmy Gandiego „Bądź zmianą, którą chcesz ujrzeć na świecie” rozpocznie ruch i przepływ.

    Pozdrawiam!

  • sisi s

    Ale dlaczego pisze Pan, że to nie wina nauczycieli, bo nikt ich nie nauczył? Przecież aby uczyć w szkole, trzeba być po studiach, a tam właśnie uczą jak uczyć- albo przynajmniej powinni, właściwie sama skończyłam takie studia i rzeczywiście z samych studiów niewiele wyciągnęłam. Ale na studiach SĄ podstawy psychologii. Co do całej reszty, podpisuję się pod tym rękami i nogami, szkoła potrzebuje pewnej rewolucji w podejściu do nauczania. Z drugiej strony, nie oczekuję że szkoła idealna kiedykolwiek powstanie, wierzę raczej w to, że to nauczyciele staną się lepsi, ale do tego potrzebna jest cała machina zmian, związana również z uczelniami wyższymi a także finansowaniem edukacji jak i zmianami w płacach dla nauczycieli. I wydaje mi się, że nie wszystkiego da się nauczyć, i że nauczyciel już w naturalny sposób musi odczuwać konieczność dążenia w odpowiednim kierunku, że to nie tak, że trzeba mu powiedzieć, że to jest złe a to dobre. Uważam, że wszystko to co wyżej Pan napisał i co jest prawdą, jest również rzeczą absolutnie oczywistą do zauważenia i zaobserwowania i nie wymaga to żadnej nadzwyczajnej wiedzy, jedynie ludzkiego i logicznego podejścia. Tak samo nauczyciel powinien być człowiekiem, którego nie trzeba uczyć że np. dziecku w wieku wczesnoszkolnym nie można kazać przeskakiwać przez piłki (bo piłka może się ruszyć, a dziecko rąbnie głową o podłogę, albo i gorzej), tylko który doskonale zdaje sobie sprawę, intuicyjnie, że to jest poprawne, a coś nie jest. Że stanie i gadanie przy tablicy do uczniów jest w oczywisty sposób bezsensowną metodą nauczania dzieci 7-letnich itd… Dla mnie to jest dziwne, że na studia pedagogiczne idą ludzie, którzy takich oczywistości muszą się dopiero uczyć, a potem odpowiadają na takie pytania na egzaminach. Nauczycielem nie może być każdy, tylko dlatego że lubi dzieci… W ten sposób nie stworzy się dobrych nauczycieli, bo to właśnie tak, jakby niektórzy musieli wkuć na pamięć masę tych oczywistości, by potem móc uczyć. A nie daj Boże, jak nagle zapomną jakiejś oczywistej regułki i wtedy co? Nie wiem czy udało mi się dokładnie wytłumaczyć to o co mi chodzi.. Ale moim zdaniem sprawa zacząć się powinna od ostrej selekcji osób przyjmowanych na pedagogikę, tak jak w Finlandii. I tyle. Bo to ludzie mogę zmienić system, a nie ustawy na papierku.

  • Anna

    Popieram i podpisuję się obiema rękami!
    Od 10 lat udzielam korepetycji i pomimo skończonych studiów nie wyobrażam sobie uczenia w dzisiejszej szkole. Dzieci są zastraszone, niczego z niej nie wynoszą, każdą próbę wyrwania ich z przekonania o swojej beznadziejności traktują jako kolejny atak na siebie :(
    Dodatkowym ciosem dla polskiego szkolnictwa jest zamknięcie Kolegiów Nauczycielskich. Uczelnie te nie miały nic wspólnego z filologią, jak to argumentuje minister edukacji. Przyszli nauczyciele w żaden sposób nie są uczeni jak uczyć. Metodyka leży… Kolejny krok aby robić z Naszych Dzieci bezmyślne małpy do łatwego sterowania

  • Kreatornia Zmian

    Michał myślę, że to jeden z najlepszych wpisów na Twoim blogu. Dziękuję za niego :) Myślę również, że powinien on docierać do jak największej liczy osób korzystających z internetu: rodziców, uczniów, opiekunów, nauczycieli, dyrekcji szkół. Zgadzam się ze wszystkimi zarzutami. Sama ostatnio bardzo dużo myślałam na ten temat słuchając swoich nastoletnich członków rodziny. Przychodząc ze szkoły opowiadają różne historie, które w afekcie wpływają mocno na ich poczucie własnej wartości, chęci działania oraz pogląd na temat swoich umiejętności. Wypleniam te bzdurne informacje, które otrzymują, ale przykro mi za każdym razem kiedy wiem, że wiele dzieci jest pozbawionych takich stróżów, którzy powiedzieliby im, żeby nie wierzyły w to co mówił nauczyciel i czego często szkoła uczy. Pozdrawiam, Kamila

  • Urszula

    Cieszę się, że powtał taki tekst. Mam wrażenie, że to moje własne zdania ujęte słowami kogoś innego. Uczę w liceum i każdego dnia zmagam się z systemem, który nie jest w stanie ogarnąć uczniów jako ludzi.
    Inni nauczyciele postrzegają mnie jako osobę słabą, bo nie chcę wprowadzać na lekcji terroru (moim mottem jest: jeśli zaczniesz się mnie bać, to cię stracę), bo próbuję dopasować lekcje do uczniów a nie do programu nauczania.
    Ale problem jest nie tylko w systemie czy w nauczycielach, ale także w świadomości zarówno nauczycieli, uczniów jak i rodziców.
    Tłumaczę na przykład, że oceny nie są już odzwierciedleniem wiedzy, a wyłącznie umiejętności rozwiązywania durnych testów, które oduczają samodzielnego myślenia. Rodzicie nie przyjmują tego do wiadomości i cisną własne dzieci. Uczniowie wielokrotnie proszą mnie, żebym nie wpisywała ocen do internetowego dziennika, bo rodzice się wściekną.
    Z drugiej strony absurdem jest to, że muszę oddzielnie „dopytywać” ucznia, który jest niewiarygodnie zdolnym i bystrym człowiekiem, ponieważ nie jest w stanie napisać głupiego testu na 4. Ja wiem, że on zasługuje na 6, bo jest genialny. On też to wie, a mimo to test napisany jest na 4 i mogę najwyżej „poprawić” tę ocenę poprzez odpowiedź ustną. Dlaczego on nie potrafi „poprawnie” rozwiązać testu? Właśnie dlatego, że test zakłada jedyną słuszną odpowiedź, a on potrafi wyobrazić sobie sytuacje, w których to nieprawda (sprowadzając do absurdu – uczeń nie zdaje testu na rozpoznawanie chmur, bo uwzglęnia krzywiznę Ziemi i złudzenia optyczne wynikające z załamania światła w różnych warstwach atmosfery).
    Taki uczeń wymyka się systemowi, bo go przerasta.
    Tylko problem nie tkwi w tym czy trafi na nauczyciela, który to rozpozna czy nie – problem tkwi w tym, że nawet jeśli będzie dostawał pytania dopasowane do poziomu inteligencji, to i tak nie zda później egzaminu gimnazjalnego albo matury, bo znów wyrośnie ponad ich poziom.
    Rozwiązanie? Niech zda na przykład olimpiadę, która zwolni go z durnego testu – tylko pytanie: ilu uczniów może być na tej podstawie zwolnionych?
    Z innej beczki – wprowadziłam kategorie zadań bez oceny, żeby uczniowie bez stresu rozwiązywali je i otrzymywali ode mnie tylko informacje o tym co muszą uzupełnić. Sądziłam, że to genialane rozwiązanie i teraz każdy będzie naprawdę sam rozwiązywał zadania (w dobie internetu dostępne są rozwiązania WSZYSTKIEGO). Efekt? Nie dostałam ani jednego zadania, a na moje pytanie dlaczego otrzymałam odpowiedź: po co, skoro nie ma ocen?
    System edukacji należy zmienić ze wszystkich wymienionych w artykule powodów, ale to nie wystarczy – musimy też zmienić światopogląd nas wszystkich – polityków, nauczycieli, uczniów i rodziców.
    I musimy pamiętać, że wszelka krytyka posłuży nam w ulepszeniu systemu, więc jeśli ktoś ma pomysł jak rozwiązać mój problem z przygotowaniem uczniów uzdolnionych do egzaminów albo z niechęcią do stawiania ocen – bardzo proszę o sugestie :)
    Pozdrawiam serdecznie

    • Tomek

      Niestety trzeba ich nauczyć rozwiązywać testy, wydaje mi się, że wytłumaczenie im, że test, a twórcze poznawanie to dwie różne sprawy. W niektórych sprawach dotyczących najważniejszych egzaminów musimy po prostu nauczyć się rozwiązywać testy, a po nich przerzucać się znowu na myślenie poza schematami.

    • sztudentin

      Jestem studentem z filologii Polskiej, ze specjalizacją nauczycielską. Pan również nie odrobił lekcji. Przyszli pedagogowie są szkoleni z ramienia CEN-u, a ich program już na pierwszym roku zawiera podstawy psychologii- możliwość rozszerzenia, pedagogikę, która polega na sposobach uczenia, ich efektach oraz problemach w szkole- taki worek ze wszystkim, nie mniej bardzo przydatny! Pracownik systemu oświaty jest „wspólnikiem”. Są nauczyciele dobrzy. Owszem, ale wtedy gdy robią coś ponad własne kompetencje, a taka właśnie powinna być definicja nauczyciela ogólnie, a nie traktowanie zawodu- jako czasownika. Artykuł dobry, tylko uzupełnić o parę faktów i słać listem protestacyjnym do MEN-u ;)

    • Szanujmy polszczyznę

      Przepraszam, że się tak z krytyką wtarabanię, ale… czy studentowi (z) filologii polskiej wypada pisać z błędami? Poza wymienionymi przez Michała niedociągnięciami systemu dodałabym jeszcze jedno- koszmarne zaniedbania w nauce języka polskiego. Nie chodzi tylko o umiejętność budowania zdań, ale i o szacunek dla ojczystej mowy. Mało który młodzian umie dziś używać polszczyzny zgodnie z jej zasadami.

    • Mm

      Też ukończyłam filologię polską (wiele lat temu) i choć zgadzam się ze zdaniem autorki tego komentarza, to zaskoczyła mnie ilość błędów. Filolog pisze bezbłędnie nawet listę zakupów!

    • jj

      Droga Mm, zgadzam się, to wstyd, by polonista robił błędy. Ale przyganiał kocioł garnkowi: sama napisałaś :”ilość błędów”, co jest fatalnym, szkolnym wręcz, błedem. Powinno być „liczba błędów”. Nie jestem polonistką i załamana jestem poziomem tego, jak wy wszyscy piszecie, drodzy poloniści: poziomem ortografii i stylistyki. Autor artykułu, niestety, też tu grzeszy…. skad u niego np. te „alternatywy”? W polszczczyźnie jest tylko „alternatywa” , w liczbie pojedynczej.

    • Zdzisław Hofman

      Wytykanie sobie nawzajem błędów jest poważną trudnością relacyjną. To bardzo belferskie.

    • Natalia K-P

      +1

    • Iwona Wardal

      Ja jestem pedagogiem wczesnoszkolnym i przedszkolnym, moja siostra studiuje filologię polską. Miała okazję pomagać jej w kilku zadaniach pedagogicznych: pisaniu konspektu lekcji, przygotowywaniu się do praktyk pedagogicznych itp. Moja siostra jest wzorową studentką, myślącą krytycznie, żądną wiedzy i pełną powołania, posiada doświadczenie w pracy z dziećmi – a mimo to nie była w stanie samodzielnie przygotować zajęć dla uczniów podstawówki! Miała jedynie blade wyobrażenie o ich właściwościach rozwojowych, jak również możliwych metodach nauczania. Nie sądzę, by przespała tę lekcję: po prostu na zajęciach z pedagogiki i psychologii nie przekazano jej tej wiedzy! Może Pan, Sztudentinie, miał tych zajęć więcej, jednak nie wierzę, by taka sytuacja na polskich uczelniach przeważała – pracując z dziećmi ze starszych klas szkoły podstawowej widzę, że ich nauczyciele popełniają te same błędy, co moja siostra, jeszcze studentka… Pan najwyraźniej również nie odrobił lekcji, Panie optymisto: błędy składniowe i co najmniej jeden ortograficzny w Pańskim poście są rażące.

    • Pan piłka

      Jeśli są szkoleni to dobrze, ale żeby cały system się zmienił, to trzeba wyszkolić wszystkich nauczycieli, czyli również tych którzy obecnie pracują w szkołach. I niestety, nauczyciel który wprowadza jakiekolwiek zmiany na lekcjach, trafia się raz na dziesięciu innych ;/.

    • Adam

      Dla mnie jest nie do pomyślenia, żeby ktoś mógł nie korzystać z tak dobrego pomysłu, ja zawsze daję z siebie maksimum. Na testach z kolei zachowuję dodatkowe aspekty dla siebie, a piszę tylko to, co trzeba, bo już w podstawówce zostałem nauczony, że „przekombinowywanie” (bo takim terminem rodzice i nauczyciele zwykli nazywać mój tok myślenia) powoduje obniżenie oceny. Z egzaminu gimnazjalnego miałem 91,4%, a moje błędy mimo wszystko miały swoje źródło właśnie w przekombinowywaniu, własnym rozumienia zadawanych pytań. Powinienem wtedy uznać, że ten „test” jest nieskończenie łatwiejszy, niż mi się wydaje i może wtedy by mi poszło lepiej (to taki trick).

      Przykład geniusza (mojego kolegi) nie mieszczącego się w ramach: drugi etap matematycznej olimpiady (na który nie pojechał, nie wiem dlaczego, może chciał coś komuś udowodnić na ten swój pokrętny sposób), jestem przekonany, że doszedłby do finału i dalej. Ocena z matematyki w klasie pierwszej: 2. Dlaczego? Pisał niezrozumiałe cyfry, schematy oraz wynik. W drugiej klasie zmienili nauczyciela i on się interesował uczniami, więc udało mu się odkryć geniusza. Po każdej kartkówce, czy sprawdzianie kolega tłumaczył, co on tam napisał, jeśli jego opis słowny na dodatkowej kartce nie wystarczał (chodzi o zadania złożone, nie 2+2) i w drugiej i trzeciej klasie miał z matematyki 6 i był niekwestionowanym najlepszym uczniem w klasie. Jego tok rozumowania był całkowicie inny od tego, jaki przewidują zadania, on mówił, że rozwiązuje zadania z „X” bez „X”, jego liczenie opiera się na złożonym szacowaniu wyników, skalach wielowymiarowych etc.

  • Inka

    Zgadzam się w zupełności z tym, co tu napisane, a jestem nauczycielką. Cały czas próbuję zrewolucjonizować nieco nasz system, przynajmniej na swoim podwórku, co sprawia, że dzieci lgną na każde zajęcia, ale w oczach moich zwierzchnich władz jestem jakimś wywrotowcem..

  • Aneta

    Artykuł jest świetny i zgadzam się z autorem w 100%.
    Na moim przykładzie można zobaczyć, jakie skutki przynosi schemat z 1. punktu „popełnianie błędów jest złe”. Mam 17 lat, a od 3 lat trenuję bardzo techniczną dyscyplinę. Zaczęłam bardzo późno i dopiero niedawno odniosłam mały sukces i wskoczyłam na odpowiedni tor. Przez poczucie, że popełnianie błędów jest złe, przez ostatnie miesiące miałam olbrzymi problem. Nie myślałam o tym, że błędy to normalność i elementy drogi do sukcesu. Myślałam, że są one świadectwem tego, że robię coś źle i jestem zła. Moja ambicja i wymagania mnie raniły i przytłaczały, czułam duże poczucie winy, bezsilność, a nawet chęć rezygnacji, która jednak została zasłonięta przez wyobrażenie o sukcesie z przyszłości. Gdyby nie wpojono mi, że błędy są złe, nie musiałabym przechodzić tego małego piekiełka. Ale na szczęście się udało i mogę spokojnie zmieniać mentalność w drodze do nabywania życiowej i psychicznej zaradności. Szkoda, że większość ludzi nie wie, że może czuć się lepiej.

  • Ignacy

    Polski system edukacji może przynieść korzyść tylko wtedy, kiedy korzysta się z niego świadomie. Jest w nim dużo błędów, jak te wymienione wyżej, ale również inne, jeszcze bardziej, że tak powiem ”rdzenne” ;)
    Według mnie problem nie leży w systemie edukacji, a w systemie wartości i moralności, który jest indywidualny dla każdego. Współcześnie człowiek bardzo dużo straci, przez ograniczony kontakt z naturą, dzikością, i ze sobą samym, postęp globalizacji uniemożliwia samodzielne zdobywanie wiedzy, wiedza którą dostajemy jest już zinterpretowana przez rzesze uczonych, wydawców podręczników i nauczycieli, musimy przyjąć że coś jakieś jest, bez doświadczenia tego. Informacje stają sie płaskie, nie do końca rozumiane, po prostu przyjmowane, wykorzystywane, np. do zdania matury i zapomniane.

  • Adam

    Michał, a znasz alternatywy dla „tradycyjnej” szkoły oprócz samodzielnej edukacji w domu? Są już szkoły które wyeliminowały chociaż część podanych przez Ciebie błędów?

  • Michał Wróblewski

    Obecny system edukacji opiera się na starych Pruskich fundamentach. To nie jest system edukacji, który rozwija, a wręcz hamuje rozwój dzieci. Po takim wykształceniu nie potrafimy rozwiązywać problemów i myśleć strategicznie. Ważne jest, aby stworzyć alternatywą dla tego systemu np. sieć elitarnych szkół, gdzie dzieci będą uczyły się najważniejszych rzeczy, a w tym finansów, inteligencji emocjonalnej, tworzenia biznesu i wielu innych rzeczy. Zajęcia nie będą polegały na wbijaniu wiedzy do głowy, a będą prowadzone w formie warsztatów.

    • t.

      stworzenie elitarnych szkół (zapewne płatnych) stworzy tylko większe podziały w społeczeństwie. lepiej skupić się na modernizowaniu ogólnokrajowego systemu edukacyjnego tak, by każdy miał dostęp do porządnej edukacji.

    • P.

      Masz rację, ale wątpię, żeby rewolucja w szkołach miała miejsce w najbliższym czasie. Jak wspomniał Michał walka o lepsze szkoły byłaby polityczną walką z wiatrakami. Z kolei inne niz odgórne sposoby zmian w szkołach sa na tę chwilę mało realne. Szkoły elitarne byłyby wyjściem z sytuacji chociaż dla niektórych – lepsze to niż nic.

  • Ella

    problem szkoły leży w tym że zawsze pracuje się na modelu rzeczywistości. Dzieci nie mają styczności ze światem dorosłych i przez to czują się bezużyteczne…

  • Kasia

    Przepraszam, że piszę w zupełnym oderwaniu od tematu wpisu, ale z racji, iż jest on najświeższy istnieje największa szansa, że tu ktoś mi odpowie na moje pytanie.

    Jak normalnie funkcjonować po rozstaniu, wybić sobie z głowy tę osobę? Rozsądek podpowiada, że to i tak nie miało racji bytu, było bez sensu, jednak serce przeciwstawia się takiemu myśleniu. Nie byliśmy długo razem, zaledwie 2,5 miesiąca, nie zdążyliśmy się pokochać czy nawet mocno zaangażować, jednak bardzo tęsknię za tą osobą. I też za tym zainteresowaniem, poczuciem, że ktoś przy mnie jest. Nieustannie myślę o tym człowieku. Najgorsze jest to, że obwiniam siebie za niepowodzenie. Czuję się beznadziejnie. Na każdą jego aktywność w sieci, widok w świecie rzeczywistym reaguję bardzo emocjonalnie, niemal jestem w stanie się rozpłakać, bo powracają do mnie wszystkie wspomnienia. Pobudzają je piosenki, których słuchałam, gdy się spotykaliśmy. Teraz nie jestem w stanie ich odsłuchać, po prostu te wspomnienia sprawiają mi ból, uświadamiają, że tak było i już nie będzie. Jestem bardzo wrażliwa i słaba, dlatego tak mi ciężko… (niesamowicie utrudnia mi to życie, każda błahostka jest dla mnie końcem świata – jak to zmienić? Dodam, że mam 22 lata, powinnam być silną kobietą, a nie takim słabym stworzeniem…) Chciałabym móc uwolnić się od tego, uwolnić się od myśli o tym człowieku, stracić to poczucie winy, skupić na sobie i przestać mieć nadzieję, że może do siebie wrócimy. Nie chcę się tym karmić, bo dobrze wiem, że to nie nastąpi.
    W jaki sposób sobie z tym poradzić? Czy będą tu pomocne jakieś metody wizualizacji itd? Nigdy wcześniej tego nie robiłam, dlatego pytam, proszę o pomoc…

    • Terapeuta

      Głównie skup się na sobie. Proponuję terapię dla osób współuzależnionych, bo do takich zapewne się zaliczasz – uzależnienie emocjonalne – przypadek klasyczny.

  • Bartek

    Artykuł bardzo dobry, sam pracuję na uczelni wyższej i jestem przerażony nastawieniem studentów wyniesionym ze szkoły. Są w przeważającej większości zamknięci w sobie i nie wyrażają zainteresowania przedmiotem ponieważ „wiedzą, że nigdy się tego nie nauczą”.

    Jedna uwaga: Leonardo da Vinci wybitnie zajmował się każdą dziedziną nauki i sztuki, z wyjątkiem matematyki. Nie był, nawet w najmniejszym stopniu, matematykiem. :)

    Pozdrawiam i czekam na więcej tekstów.

  • eM

    Zgadzam sie z więszością punktów. Jestem tegoroczną maturzystką i cieszę się, że kończę pewien etap edukacji.
    Na lekcji chemii roziązywaliśmy skomplikowane równania, rysowaliśmy benzeny, uczyliśmy wzorów kwasów, mydeł, tłuszczy itd. Pisaliśmy reakcje, poświęcaliśmy mnóstwooo czasu na to, by je zrozumieć. Nigdy ich nie zrobiliśmy na lekcji. Nigdy nie zobaczyliśmy, jak wyglądają. Tylko w zeszycie za pomocą liczb i liter. W rezultacie, po wielu godzinach nauki, umieliśmy je zrobić ale nigdy nie mieliśmy pojęcia, co w rzeczywistości własnie obliczyliśmy i jak by to wyglądało w praktyce. Nienawidziłam chemii, byłam na profilu humanistycznym, ale miałam 2 lekcje tygodniowo do drugiej klasy liceum. Teraz została mi w głowie jedynie podstawowa wiedza. Nie rozumiem, dlaczego podstawa programowa karze uczyć tak nieprzydatnych rzeczy, pomijając te naprawdę ważne (np. bardzo byłabym ciekawa, co jem, co rzeczywiście oznacza skład wielu produktów, które sporzywamy, jakie na nas mają skutki barwniki itd). Niestety, zamiast tego przeprowadzałam reakcje różnych związków, które nie widziałam na oczy. W zeszycie.
    Miałam równiez fizykę- lekcje polegały na robieniu zadań na tablicy. Nikt mi nie udowodnił, że ten przedmiot może być rzeczywiście ciekawy. Biologia- teoria, teoria, teoria. Przedsiębiorczość- przepisywanie suchych informacji do zeszytu. To było ciekawe, jednak na pewno nie nauczyło mnie, jak być przedsiębiorczym. Matematyka- mnóóóóóstwo wiedzy bezużytecznej. Oczywiście rozumiem, że to wszytsko rozwija logikę ale intryguje mnie, dlaczego uczę się kolejnej porcji niepotrzebnego materiału i tracę na to czas, który mogłabym wykorzystać na swoje zainteresowania. Języki obce- gramatyka, gramatyka. Podręcznik. Ćwiczenia. Na rozmowy zwykle nie ma czasu.

    To nie jest tak, że jestem uczniem więc schematycznie neguję wszelką edukację. Nie o to chodzi. Po prostu chciałabym się uczyć rzeczy ważnych. Zgodnych z tym co lubię. A z tego co nie lubię- podstawy jedynie. W rzeczywistości wygląda to jednak tak, że przeciętnie spędza się 7,8 godzin w szkole a potem poświęca się mnóstwo czasu w domu ucząc się do sprawdzianów i kartkówek, z takich np. reakcji chemicznych, których nigdy nikt nie używa w praktyce ( a przynajmniej nikt na profilu humanistycznym).
    W rzeczywistości, temu komu zależy na nauce, brakuje czasu na rozwijaniu ponad wiedze ogólną tego, co naprawdę lubi. taka jest niestety prawda.

    Mam nadzieję, że kiedyś szkoła będzie inspirować…

  • Mateusz

    No cóż ja się troche już uczę(mam 19 lat) ale to co czytam w tym artykule wygląda jak realistyczne opowiadanie mojego życia szkolnego. Co prawda potrafię wiele rzeczy pamiętać i z pracami jako takiego problemu dużego nie mam i znajduje się miejsce by mówić, ze nie będę się uczył rzeczy zbędnych i tym bardziej takich co mnie nie interesują. To co się dzieje w szkole woła o pomstę.

    Sam osobiście od podstawówki do ostatniej klasy gimnazjum nie byłem kimś „dobrym” wg tego systemu tym bardziej będąc w społeczeństwie z jeszcze gorszym podejściem. Z racji, ze zmienic narazie nie jestem go w stanie a jedynie ograniczyć kluczem byli tacy ludzie jak Ty Michale. Po zainteresowaniu się rozwojem osobistym poczułem,. ze robie dla Siebie coś wielkiego. W szkole radzę Sobie nie przez głupie kucie, czytanie, pisanie w nieskończoność ale odpowiednie myślenie.

    Pozdrawiam wszystkim uczniów, absolwentów oraz dzieci(nie dajcie się !), które rozpoczną nauczanie

  • Paweł

    Michale, chcę skomentować punkt 11. „Uczenie dzieci bezużytecznej wiedzy”
    Skoro napisałeś, że:
    „Nie można określić obiektywnie jaka wiedza jest użyteczna ani
    praktyczna. (…) Szkoła nigdy nie dostosuje się do tej uniwersalnej prawdy.”

    Skoro tak, to czemu krytykujesz ten fakt i podajesz jako wadę systemu edukacji? Skoro nie da się go zmienić?

    Poza tym, świetny artykuł!!! Świetnie komentuje wady naszego (tylko polskiego???) systemu edukacji.

    JA CHCĘ ZMIENIĆ TEN SYSTEM DLA PRZYSZŁYCH POKOLEŃ! CZY KTOŚ JEST GOTOWY PRZYŁĄCZYĆ SIĘ DO MNIE W TEJ KRUCJACIE?

  • Zuzanna

    Dziwnie się to czyta. Jestem chyba jakimś wyjątkiem. Osobiście uważam, że szkoła podstawowa i gimnazjum (tak gimnazjum!) nauczyły mnie bardzo wiele. Rozwinęłam swoje talenty i to bardzo różne, od plastyki po występowanie w kółku kabaretowym i teatralnym. Dodatkowo miałam mnóstwo zajęć pozalekcyjnych całkowicie za darmo w tzw. „Ognisku pracy pozaszkolnej”. Chodziłam do przeciętnej publicznej szkoły, także nie była to jakaś super placówka. Gimnazjum wspominam bardzo dobrze, gdyż wszyscy byliśmy zżyci i nauczyciele byli bardzo pozytywnie nastawieni do ucznia. Faktem jedynie jest, że gimnazjum kończyłam 10 lat temu, także przez tyle lat mogło się już wiele zmienić. Inaczej natomiast było już w szkole średniej, gdzie wielu nauczycieli w liceum uważało mnie za ucznia mało wartościowego, choć w gimnazjum byłam jedną z lepszych uczennic. Był to dla mnie szok, gdyż pierwszy raz spotkałam się z takim podejście (instrumentalnym) do ucznia. Jednak uważam, że szkoła mnie wiele nauczyła i najważniejsze, że teraz robię to co kocham i nie przejmuję się co przyniesie przyszłość, bo pracuje nad tym aby była ona godna :)

    • lubietruskawki

      MOIM skromnym zdaniem do była dobra placówka. Jak ja bym chciał do takiej chodzić!! kółko kabaretowe i teatralne? Oj, jak bym chciała.. ciekawe zajęcia pozalekcyjnie za darmo …oj , ak bym chciała …zazdroszczę mieszkania w dużym mieście

  • Adrian

    Czy istnieje gdzieś system edukacji wolny od tych błędów? Może w jakimś innym kraju? Słyszałem, że w idealnej edukacji przoduje Finlandia.

    • Agnieszka

      Owszem, istnieje w Finlandii a także w Stanach Zjednoczonych.

  • KAMIL

    Witam,
    Od dawna wiem że system edukacji jest do bani, ale w sumie nic w tej kwestii nie działałem a powinienem bo moje dziecko zaczęło edukacje w przedszkolu.
    Mam zamiar zmienić to i działać a pierwszym moim krokiem będzie wydrukowanie oto świetnego wpisu i rozdanie go wszystkim nauczycielką z przedszkola, szkoły podstawowej i gimnazjum bo mieszkam w małej miejscowości i nie ma w niej szkoły średniej

  • Paweł Zieliński

    Bardzo dobry wpis :) system edukacji powinien być zmieniony i to bardzo dawno temu. Nie jest to prosta sprawa jeśli chodzi o procedury, ale pozostała część taka jak program jest już do zrobienia. Wyobraźnia podpowiada mi, że całość prezentowałaby się niesamowicie i wpłynęła pozytywnie na wielu młodych ludzi.
    Pozdrawiam mega pozytywnie

  • Magdalena, licealistka

    Zgadzam się z artykułem. Jestem z reformowanego rocznika ’96, przez co co roku muszę kupować nowe, nieużywane książki, z których potem i tak znajdą się 2 w ogóle nie otwierane (przedmioty 1h/tydz, typu EDB, gdzie poleca się kupić książkę a potem jej nie realizuje – 30zł). Wprowadzono nową maturę, gdzie nie uwzględnia się klucza w wypracowaniach, natomiast jest on dalej w ‚czytaniach ze zrozumieniem’. Mam 6 z polskiego i jestem w tym naprawdę dobra, a dostałam połowę punktów z ‚czytania’, ponieważ myślałam po swojemu i nie wpisałam się w konwencję autorów testu. Często przeglądam Pańską stronę i nie mogę się nadziwić, jak często wspomina Pan o samodzielności w tworzeniu, kreatywności, szczęściu…Czuję, że wszystko to mnie ominęło. 9h w szkole, później dodatkowe zajęcia (język albo korepetycje, bo nauczyciel nie wyrabia się z materiałem), jeść, uczyć się i spać. Naprawdę, nie robię w tygodniu niczego innego, poza nauką, która mnie stresuje. Uwielbiam naukę i to moja pasja, ale czasami czuję, że nie wytrzymuję presji 3 testów/kartkówek dziennie (kto przestrzega regulaminu o 2 spr na tydzień?), ponieważ każdy stracony punkt obniża mi procent na koniec, i tracę szansę na dobrą ocenę, na którą ZASŁUGUJĘ, bo WIEM. Zastanawiałam się, dlaczego tylu moich rówieśników nie dba o naukę i szkoła kojarzy im się z więzieniem, skoro nauka i edukacja to świetne dziedziny. Przecież nie ma niczego piękniejszego od poznawania prawdy i świata! Teraz sama widzę, że również nie jestem fanką edukacji szkolnej, która wtłacza w mózgi rutynę, odbiera radość, przywodzi stres, niepewność i negowanie własnej wartości. I ten podział na humanistów i ścisłowców! Sama jestem językowcem, humanistą i bardzo lubię ekonomię, ale mam spore problemy z matematyką, ponieważ nie nadążam za materiałem na lekcji. Mimo to, wszyscy mi powtarzają, że na rynku pracy z moim humanizmem nie mam szans i powinnam iść na politechnikę (po co? żeby i tam mieć najgorsze noty i wlec sie na szarym końcu tych zdolniejszych?).Chciałabym, żeby ktoś docenił indywidualizm uczniów i skłaniał ich do kreatywności, a nie wymuszał schematy. Po szkole nie zostaje ani wiedza o wakuolach w pantofelku, ani zawiłe wzory z ciągów geometrycznych, ani data przyjazdu Ottona III do Polski. W dalszym życiu przydaje się energia, chęć współpracy i otwarty umysł, a nie zahukanie, kompleksy i stres wywołany biegiem za tymi, którzy wpisali się w schemat.

  • Archanioł

    Gdzieś mam wrażenie, że Michał nie do końca wie jak przebiegają studia pedagogiczne i jak się szkoli przyszłych nauczycieli. Aczkolwiek to co tu opisał to jakby prawda, nawet taka bardzo brutalna. Nie jestem pewny czy zmiana systemu nadejdzie
    oddolnie i czy wogóle nadejdzie jakaś zmiana. Nad obecnym systemem pracowano trochę dłużej, sądzę niż ileś tam setek lat. To co jest ważne to nie oszaleć myślę w tym wszystkim. Uważam, że bardzo ładnie można pisać i wypowiadać na ten temat, bo jest o czym i interpretacja sytuacji jest bardzo dowolna, ponieważ w szkole wszystkiego można się doszukać. Wszystkiego złego i wszystkiego dobrego. Jak byśmy chcieli to nawet wszyscy wszystko będą wiedzieć jak po zjedzeniu zupki instant. Dwie minuty i głód znikł.

    Dzieci nie mam więc nie posyłam, a nie mam ich z przerażenia.
    Nie mam nic mądrego do napisania, ale jakby tak na umór napisać artykuł o samych pozytywach szkolnictwa i nie wiem czy tylko w Polsce to wyszłaby z tego niezła karykatura. Może wtedy by nam wróciło poczucie humoru.

  • Joanna

    Ja również byłam ofiarą takiego systemu. Jako dziecko byłam utalentowana pod wieloma kierunkami ( zdolności manualne, malowanie, muzyka, śpiew ) cieszyłam się z każdej rzeczy, którą mogłam robić w tej dziedzinie. Wszystko się skończyło, gdy poszłam do liceum i byłam przygnieciona ilością, nauki, zadań, kartkówek, sprawdzianów. Zamiast skupiać się na tym co najważniejsze ( choćiażby przygotowanie do matury z tych przedmiotów z których zdaje się maturę ) musiałam robić wiele rzeczy wbrew sobie bez żadnego zaangażowania. Nienawidziłam historii…musiałam uczyć się tego co było kiedyś czyli sama teoria i jakieś daty ( i za każdym razem dostawałm 2 z kartkówek co też wpływało na moją samoocenę,że nie jestem wystarczająco dobra ). Lubiłam j.angielski, ale nie miałam czasu, aby poświęcić więcej uwagi, przygotować się i z tego też dostawałam 2/3 co jeszcze bardziej mnie dołowało i tak było z każdym kolejnym przedmiotem. Dopiero teraz zaczęłam wychodzić na prosto, gdy ruszyłam w świat ( jestem za granicą i nauczyłam sie języka angielskiego przez kontakt z ludźmi ). Mam pracę w której mogę wykazać swoje zdolnośći mmanualne połączone z precyzją, dokładnością. Staram się realizować siebie, a nie urojone, czasami nieosiągalne cele narzucone przez szkołę.

  • Agnieszka

    Jestem mamą 7-letniej xxx, która od września uczęszcza do pierwszej klasy, ja przeżyłam szok, duży nacisk w wychowaniu córki kładłam na to aby nie wtłaczać jej w żadne schematy, uczyć empatii, uczyć wolności, rozmawiam z nią jak z dorosłym człowiekiem, kocham ją i chce nauczyć ją żyć a nie płynąć z prądem. Tymczasem mam wrażenie że szkoła strasznie ją ogranicza, tłamsi, wprowadza w schemat. A teraz zacytuję panią wychowawczynię: ” jak będziesz taki niegrzeczny to będziesz tak jak pies na smyczy przychodził z rodzicami na lekcje”. szok, poszłam porozmawiać z tą panią ale niestety okazało się że nie warto, żal mi strasznie, że tak jest

  • Jarek

    Niestety prawda w 100%… Chyba najjaskrawszym przykładem jest ocena Wisławy Szymborskiej, która napisała maturę ze swoich dzieł na 3…

  • jo

    Zgadzam się z 12 punktami… ale chyba nie do końca mam ochotę, żeby umiejętności wymienione w punkcie 13 (oprócz medytacji, a w zasadzie ćwiczeń mindfulnes) były obowiązkowymi przedmiotami w szkole i żeby moje dzieci były tego uczone przez obcych ludzi (pomijając fakt, że są w edukacji domowej :-))). Gdy zobaczyłam w podręczniku od matematyki mojego syna wielki dział o kredytach (nauka procentów i jednocześnie zarządzania finansami) złapałam się za głowę i spędziłam dużo czasu tłumacząc dlaczego kredytów brać nie warto… Dbanie o ciało, zdrowie, odpowiednie jedzenie to też sprawy domowe i wynikające ze specyfiki rodzinnej. W mojej rodzinie standardowa piramida żywieniowa nie ma racji bytu z różnych powodów. Więc może nie przesadzajmy, tylko skupmy się na tym, do czego szkoła została stworzona – czyli przekazywania wiedzy. Żeby uczyła, że tej wiedzy można szukać, że to fajne i ciekawe, że każdy może decydować za siebie z szacunkiem dla drugiego człowieka. I niech każdy sobie wybiera… bo ludzie nie są wcale tacy głupi, dzieciaki też nie… nie trzeba nam robotów, trzeba nam otwartych i myślących ludzi :-) A jak szkoła będzie uczyła wszystkich tego samego (vide przykład z żywieniem) to dopiero będziemy mieli armie bezrefleksyjnych klonów! I jeszcze: warto poprzyswajać jednak trochę wiedzy, bez względu na to czy będzie przydatna czy nie, choćby po to, żeby ćwiczyć pamięć. Bo mózg musi ćwiczyć… im więcej ćwiczy, tym sprawniej działa. No i naprawdę nigdy nie wiadomo co się do czego przyda. Osobiście na przykład bardzo cenię sobie naukę łaciny w liceum – przydała się do nauki innych języków. Z drugiej strony mamy naukę myślenia – dlaczego nie ma filozofii w szkołach?

  • Marti Sodegern

    Nie lubię rozpisywać, ale kiedy trzeba, to trzeba:
    Jestem zwolennikiem zniesienia systemu edukacji wogóle.
    Dlaczego?
    Smartfony i komputery są lepsze dosłownie z dnia na dzień, a NIGDZIE na świecie nie ma Ministerstwa Smarfonów i Komputerów!
    Ludzie sami produkują coraz lepsze produkty, wolna konkurencja!
    Nie poruszyłeś Michale bardzo ważnej kwestii, finansowej!
    Każdy na to szaleństwo płaci w podatkach, na demoralizację niemal powszechną (ok. 4% dzieci z róż. powodów nie miało pełnego kontaktu z tą machiną).
    Mój laptop/portfel/bateria LiPO/długopis powstał w pewnym dalekim kraju, bez systemu jakiegokolwiek, producent wyprodukował a klient nabył!
    Jestem za pełną komercjalizacją szkolnictwa, niech szkoły staną do walki między sobą, tak, jak np. zakłady fryzjerskie.
    Wiem, co piszę, prawda nas wyzwoli, mam 19lat.

    • lubietruskawki

      też tak uważam!! Upublicznianie to zło ponieważ zawsze obniża poziom. Tak jak szkoły,to i również szpitale… konkurencja między nimi zwiększy poziom leczenia czy nauczania. Ludzie będą traktowani z szacunkiem w takich instytucjach…ponieważ pracownicy będą obawiać się o swoje za przeproszeniem d*py. A teraz, (mówię tu głównie o opiece lekarsiej) mają na wszystko wyj***ne!!! Na pogotowiu czekasz z problemami które powinny być zadane zaraz 3h, na operację która powinna być wykonana w czasie max. 1 msc czekasz 4 lata!!! A jak by było prywatne mówisz im sajonara i idzesz do konkurencji która lepiej ci to zrobi. Proste.
      Dla mnie płacenie podatków na opiekę zdrowotną i szkolnictwo na takim nisskkkkkkkimmmm poziomie to kompletna paranoja. Wolałabym te pieniądze zaoszczędzić i iść do sprywatyzowanych szpitali gdzie wiem że dobrze mnie wyleczą bo i tak tam chodzę wydając podwójne sumy płacąc podatki+płacąc prywatnie… po za tym jest to wykorzystywanie człowieka przez lekarzy bo w szpitalu nie umie wyleczyć a jak pojdziesz do domciu to już tak:/
      Płacenie składek na emeryturę którą na wet nie wiesz czy dostaniesz… i jeśli dostaniesz to w jakiej sumi?. Wolałabym nie płacić i te pieniądze zainwestować i później te sumy posłużą mi jako emerytura. Jeśli przejdę na emeryture może pożyje jeszcze 3 lata a może wcale jej nie dożyję??!! Całe lata płacenia składek na marne. Gdyby to były moje pieniądze to chodziarz dzieci by dostały:) a tak to ty nic nie masz!!
      Prawda nas wyzwoli V

  • Marek

    Myślę, że uczynienie szkoły „nieszkodliwą” jest utopią. Każda, narzucona, forma wpajania wiedzy będzie szkodliwa. Rozwiązaniem, które byłoby najlepsze dla młodych ludzi i osiągalne jest przejście z relacji nauczyciel – uczeń do mistrz – uczeń. W takiej relacji wiedza zostawałaby przekazywana uczniowi w odpowiednim momencie i w odpowiedni sposób – zatem samo istnienie szkoły i systemu edukacji, jako takiej, byłoby zbędne. Nie wykluczam istnienia szkół – powinny istnieć, lecz nie powinny być obowiązkowe. Taka idea szkoły musiałaby kłaść specjalny nacisk na jednostkę i stosować sie do jej wymagań. Edukacja w domu, czy indywidualna są tak samo szkodliwe, gdyż, i tak, na siłę wtłaczają wiedzę, a nawet z większą dokładnością. Taka sytuacja nie sprzyjałaby już rywalizacji i byłaby formą daru, a nie przymusu.
    Ciekawą innowacją byłoby – jeśli już – uczyć dzieci samodzielnego szukania informacji i ich weryfikacji do własnych celów. Ale to tylko pomysły, które nie pasują i kłócą się z całym obecnym państwem.

  • Adam

    Prywata i opinia osobista: Jestem ofiarą polskiego systemu edukacji. Uważam, że skoro osoba posiadająca broń musi przechodzić badania psychologiczne, skoro osoba posiadająca samochód służbowy musi przejść przez takie badania, to brak regularnych badań dla nauczycieli jest żartem. Uważam, że połowa nauczycieli – szczególnie przedmiotów „ścisłych” (przepraszam za to słowo) – to frustraci, osoby zaburzone nerwowo. Często bez predyspozycji psychicznych do pracy z ludźmi.

    Służbowo: Parę lat pracowałem jako korepetytor przedmiotu informatyka i 
    programowanie. Pozwolę sobie nawiązać do moich spostrzeżeń z pracy z 
    młodzieżą przygotowywaną do matury. Było ich wielu.
    Uważam, że polski system funkcjonowania państwa – w tym edukacji – opiera się na wzajemnej nieufności, kontroli. Jednym z przejawów jest, że na ocenę ucznia musi być „papier”: kartkówka, sprawdzian, cokolwiek papierowego, znormalizowanego. Praca z moimi uczniami opierała się na mojej subiektywnej opinii ich umiejętności + wyników z „naszych” matur. Wygoda matury z informatyki polega na tym, że każde zadanie ma tylko jedną poprawne rozwiązanie (ale metod dojścia jest wiele). Uważam, że zastosowanie analizy SWOT wobec ucznia; przekazywanie mu tabelki opisującej subiektywnie jak nauczyciel widzi całość wiedzy przedmiotowej jest dużo korzystniejsze. Może także wskazać postawy zachowań, które nie służą zdobywaniu siebie ( np. pośpiech, zbytnia pewność siebie ). Niestety, w polskiej edukacji ocena „płynna” i na słowo nie może mieć miejsca. Musi być papier. Polecam nauczycielom i korepetytorom podejście SWOT w ocenie uczniów – jako suplement do tradycyjnej skali ocen.

  • Maria Grybionko

    Dodałabym jeszcze, że zdecydowana większość zadań domowych jest kompletnie bez sensu. Już dawno zostało udowodnione, że dobrym uczniom one nie pomagają, a ci gorsi w ten sposób utrwalają tylko popełniane błędy.

  • Ludmiła Malicka

    Niestety tak jest. Talenty dzieci nie są dostrzegane, a wręcz tłamszone, bo nie przystają do schematu. Zadań domowych mają tyle zadawane, że po ich zrobieniu (np. po 5 godzinach), nie mają już siły ani ochoty na zabawę, czy rozwijanie swoich zdolności i robienie tego co lubią. Dodatkowo jeszcze rodzice nakręcają całą sytuację, kiedy dla nich najważniejsze jest żeby dziecko miało 6, bo 5 to już za mało.Masakra jakaś. Ja na przykład nie pamiętam, żebym w podstawówce tyle czasu odrabiała zadania domowe.

  • maciek

    Panie Michale- mam 57 lat i to pozwala spojrzeć mi na tzw. system edukacji w nieco inny sposób. Oczywistym jest fakt, że system edukacji ma edukować, ale być może nie to jest jego najważniejszym celem. Ten system działa jak sito, które pozwala sfrakcjonować każde ludzkie pokolenie, nakleić łatkę klasyfikacyjną z którą człowiek idzie przez całe życie. Mówi się: w szkole był prymusem, albo że był kiepskim uczniem. Pretensje do systemu edukacyjnego w gruncie rzeczy są pretensją o to, że pełni również taką rolę. Ale Panie Michale- to jest nieuchronne, bo ludzie tego chcą; matka chce pochwalić się swoją zdolną córeczką niezależnie od tego co ona potrafi- ważne, że jest lepsza od koleżanek. Tak, tak :)

  • Nina

    W zeszłym roku zdawałam maturę.. Niestety to wszystko prawda. Dodałabym jeszcze jeden, ważny punkt – szkoła wymaga osiągnięcia celu, ale nie mówi jak to zrobić. Pomijając bezużyteczność informacji, jakie nam się wpaja (w sumie każda nowa rzecz czegoś uczy, ale przecież można się uczyć bez stresu!), nie uczy się o technikach zapamiętywania, szybkiego czytania, robienia skutecznych notatek itd. Poza tym w czasach Internetu powinno się stworzyć przedmiot, który uczyłby odróżniać wiarygodne informacje od tych nieprawdziwych i przede wszystkim tego, jak ich szukać, zamiast wbijać je do głowy.
    To smutne, że zamiast zasiać w dzieciach ziarno ciekawości i pokazać im jak wiele jest rzeczy do poznania, jedynie zniechęca się i zabija ciekawość.
    I skąd taki przeciętny absolwent ma wiedzieć, że istnieją niesamowicie ciekawe książki i nauka jest bardzo ciekawa?

  • Maciej Sołtykiewicz

    Dobra, ktoś tu się musi nie zgodzić, bo inaczej będzie tylko poklepywanie się po plecach. Po pierwsze system to system, musi funkcjonować w jakichś ramach, żeby pozostał systemem. Jeżeli wszyscy uczeni będą niezależnie, według osobnej formuły, nie będzie to już system. A teraz odnośnie konkretnych punktów (wspomnę o tych, z którymi się nie zgadzam). 1. Oczywiście trudno mówić o całości populacji nauczycieli, bo pewnie jakaś część tkwi w tym przekonaniu, jednak proszę mi wierzyć, że nauczyciele są jedną z niewielu grup zawodowych, która szkoli się nieustannie. Od lat promuje się formę oceniania kształtującego, którego u podstaw leży docenienie błędu ucznia, bo popełnianie błędów jest podstawą procesu poznania. Błąd ucznia jest dla nauczyciela wskazówką do pracy. Po latach wie jakie są typowe błędy uczniów i dostosowuje metody do ich minimalizowania. 2. Ten punkt to kompletna bzdura. Ktoś kto tak uważa, nie wie jak funkcjonuje sprawdzanie testów czy egzaminów. Matematyka: poprawny wynik jest tylko jeden, ale sposobów dojścia do rozwiązania może być wiele. Jeżeli wydaje wam się, że klucz np. do egzaminu gimnazjalnego zawiera tylko jeden sposób rozwiązania jesteście w błędzie. Zawiera wszystkie, jakie matematycy tworzący zadanie mogli wymyślić. Jeżeli w trakcie sprawdzania okazuje się, że uczeń stworzył nowy sposób, to jest on weryfikowany i w razie poprawności DODAWANY do klucza. Angielski: Materiał szkoleniowy dla egzaminatora, który sprawdza po gimnazjum trzy zadania otwarte, miał w tym roku 32 strony wskazówek i sugestii, a i tak pozostawia pewien zakres swobody egzaminatorowi na ocenę. 3. Jak napisałem we wstępie, albo mamy system albo rozpierduchę. 4. Czy Jan Paweł II jest dla was autorytetem? A może Marilyn Manson? A może po prostu twój nauczyciel? Na autorytecie można się co najwyżej wzorować, a nie być posłusznym. Jeżeli jesteś posłuszny komuś, to jest on twoim Panem, a nie autorytetem. Chyba, że chcesz być panem i mieć swoich podwładnych. Jeżeli osobowość czy zachowanie jakiegoś nauczyciela mi nie odpowiada, to nie ma szansy na bycie moim autorytetem. Chyba autor nie rozumie do końca tego słowa. 8. Po raz kolejny: system to system. Nie da się jednocześnie tworzyć systemu i go rozpieprzać. Jeżeli klasa ma 24 uczniów a szkoła 700, to żeby nie mierzyć każdego jedną miarą potrzebuję 700-stopniowej skali. Mierzę sześciostopniową i generalnie każdy to rozumie i akceptuje, że 700-stopniowa skala nie ułatwia życia, a je komplikuje. 9. Przeładowany informacjami? Sugerujesz, że którykolwiek z dotychczas żyjących na świecie ludzi wykorzystał 100 procent możliwości swojego umysłu i nie jest w stanie przyswoić więcej wiedzy? Na etapie szkoły podstawowej uczymy się zasad funkcjonowania świata, poznajemy go z wielu stron i wybieramy, która z tych stron nam odpowiada. Dalsze etapy to uszczegółowienie kierunku, ale nie może być tak, że jeżeli wybiorę chemię, bo mnie pasjonuje, to mogę śmiało w dupie mieć historię mojego kraju, nie mieć sprawności rachunkowej (bo matma jest głupia) i nie wiedzieć jak zbudowane jest moje własne ciało (bo nie lubię Pani od przyrody/biologii). Każda pamięciówka, każde rozwiązane zadanie i każda przeczytana książka rozwija sprawność twojego kulawego umysłu, którego nie wykorzystujesz więcej jak 10 procent. 10. Nawet nie jestem w stanie wyobrazić sobie burdelu panującego w powszechnej szkole związanej z tym, że każde dziecko ma swój własny tok nauki. 11. Mniej więcej to samo co punkt 9. 12. Tego nie unikniemy, bo jest to kwestia jednostki (czyli nauczyciela i ucznia). Wyobrażacie sobie jak nudna musi być historia malunku porcelany? A jednak znajdziecie na świecie kogoś, kto nie tylko będzie tym zainteresowany, ale wręcz będzie się tym pasjonował. Nuda czy nie nuda to tak jak gusta, a z nimi trudno dyskutować. Każdy nauczyciel stara się aby nie było nudno, ale niektórzy po prostu są nudni i zaciekawią tylko równie nudnych ludzi jak oni sami. 13. Tu się zgadzam, a jednak napiszę. Tęsknię za zajęciami praktycznymi w szkole. Za moich czasów było to już tylko ZPT, ale przede mną w szkołach były pracownie, w których uczono się praktycznie. Ale się rozpisałem.. pewnie i tak nikt nie przeczyta, ale zachęcam do dyskusji :)

  • Mirek

    Przeciętny nauczyciel nie widzi związku z tym kto mu płaci za nauczanie. Gdyby rodzic miał w portfelu więcej o 1000-1500zł i sam decydował o szkole, była by całkiem inna rozmowa. Państwowe znaczy gorzej zarządzane. Państwo za bardzo chce być w roli rodzica i to się kończy frustracją. Gdyby rodzice mieli wybór szkoły czy nauczyciela, to by się chamskie traktowanie rodziców i dzieci skończyło natychmiast.

  • Maciek

    Michał,
    wielkie dzięki za ten artykuł. Szkoła to był dla mnie dramat i dopiero po wyjściu ze szkoły zacząłem oddychać – przynajmniej tak mi się wydawało. Wpadłem w pułapkę braku edukacji finansowej (polecam książki Bogaty Ojciec, biedny Ojciec), która uczy podstaw.
    Wpadłem w pułapkę nieznajomości budowania relacji – szczególnie z samym sobą (czyli inteligencji emocjonalnej).
    I wiele innych. Łatwo mi napisać, żę to wszystko wina szkoły – ale faktem jest, że potrzeba dużo odwagi i zaufania sobie, żeby zajrzeć za „kotarę” .
    Dzięki za napisanie tego prostymi słowami.
    pozdrawiam, Maciek

  • Józef

    Choć wiele mógłbym zarzucić Albertowi Camusowi, to cenię go za „Człowieka zbuntowanego”, w którym ujawnia zbrodnie komunistów i krytykuje stalinizm.

    Zgodzę się z nim, że „szkoła przygotowuje dzieci do życia w świecie, który nie istnieje”. Tak realnie i obiektywnie nie istnieje, ale tworzą, konstruują go właśnie tacy np. komuniści.

    Obecny system edukacji jest reliktem Kołłątajowsko-Stalinowskim, który jednak ma się dobrze, bo idealnie się wpisuje w realia Unii Europejskiej. Ma, rzeczywiście na celu szkolenie armii bezmyślnych robotów, które mają posłusznie pracować na rzecz obecnych różnych gospodarek.

    Zachęcony wstępem i śmiałym potraktowaniem tematu pozwolę sobie odnieść się do poszczególnych trzynastu punktów zawartych w artykule.

    1. Schemat „Popełnianie błędów jest złe”.

    Błąd sam w sobie jest zły, inaczej nie byłby błędem. Jednak popełnianie błędów jest zwyczajnie wpisane w ludzkie życie. Z tezą tego punktu ogólnie się zgadzam. Jednak nie tutaj bym się dopatrywał korzeni problemów.

    Przy okazji pomyślmy. Jeśli ktoś mało robi, to i mniej popełnia błędów, bo ma mało okazji. Jednak jeśli dwóch ludzi robi wiele. I jeden z nich popełnia wiele błędów a drugi bardzo mało, to jednak jest to pewnym wyznacznikiem. Jeśli są to np. lekarze, to wolałbym się znaleźć w gabinecie tego drugiego.

    2. Schemat „Na każde pytanie jest tylko jedna odpowiedź”

    Kluczem jest tu słowo „każde”. Bo, istotnie, są takie pytania, na które jest tylko jedna odpowiedź. Np. nie ma zbyt szerokiego wachlarza możliwości odpowiedzenia na pytanie: „Z jakich atomów składa się cząsteczka wody?” Jeśli ktoś uparcie twierdzi, że „Z atomu złota i trzech atomów helu”, no to raczej trudno mu przyznać rację. Ale np. na pytanie: „Jaki jest najlepszy ustrój polityczny?” nie zawsze jedyną słuszną odpowiedzią musi być „Demokracja!”.

    I problem dotyczy tego drugiego rodzaju pytań. I tak się dzieje. Jeśli np. nie uważasz, że demokracja jest najlepszym systemem politycznym, to się popraw, albo zgiń.

    Problem jest jeszcze szerszy. W imię jakichś dziwnych wartości próbuje się w dzisiejszym systemie oświatowym forsować tezę, że jeśli ktoś twierdzi, że np. cząsteczka wody to może równie dobrze być AuHe3, lub „wróbelek”, to być może on ma jakąś rację, ma prawo do swojej prawdy.

    Tym samym stwierdza się, że prawda, jako obiektywność nie istnieje. A to jest nie możliwe. Bo gdyby prawda nie istniała, to chociaż samo to zdanie musiałoby być prawdą, a więc zachodzi sprzeczność.

    Zgodzę się jednak z tym, że najcenniejsze jest odkrywanie prawdy własnym staraniem. Także przez błędy, przez ponoszenie życiowej odpowiedzialności za niewłaściwe odpowiedzi na niektóre pytania. Szkoda jednak, aby ta odpowiedzialność miała ściągnąć na kogoś tragedię. Lepiej lojalnie go przed tym uprzedzić.

    3. Szkolny system oceniania wiedzy i zachowania

    Nie jest to dobry nauczyciel, który krytykuje uczniów z powodu ich odpowiedzi. Takiemu nauczycielowi, rzeczywiście żal jest udzielać jakiejkolwiek odpowiedzi. Bo skoro się uczę, to dlaczego mam być krytykowany z powodu tego, że jeszcze nie umiem? Albo z powodu tego, że wydaje mi się że jest inaczej niż mówi nauczyciel? Nie chcę być krytykowany.

    Natomiast przejawem najwyższej głupoty byłoby nie krytykowanie samych odpowiedzi. Krytykować to znaczy oceniać z punktu widzenia prawdy. Krytykować treść odpowiedzi, a nie osobę ucznia. Oceniać treść odpowiedzi z pełnym szacunkiem dla ucznia, że chce się u mnie uczyć, że chce ze mną rozmawiać. Jeśli trzeba oceniać tę odpowiedź negatywnie. Bo prawda istnieje. Poddawać odpowiedź w wątpliwość, jeśli są ku temu obiektywne podstawy. Chwalić, jeśli jest zgodna z prawdą. Oceniać negatywnie jeśli nie zgodna z prawdą – ukazując dlaczego i jednocześnie chwalić dociekliwość, jeśli odpowiedź, nawet błędna, jest owocem pracowitego, choć nieudolnego dociekania.

    Ocenianie zachowania to nieco inna sprawa. Nie oceniać zachowania, to znaczy dopuścić się poważnego zaniedbania względem ucznia. To utopijna próba budowania rzeczywistości „neutralnej światopoglądowo”. W takim wypadku za równie dobre uznajemy np. kradzież i poszanowanie czyjejś własności, pilność i lenistwo, honor i nonkonformizm… To jest zwyczajne zaniedbanie wychowania. Tak się robi krzywdę dziecku. Kiedyś nam to może wypomni, kiedy zdziwione znajdzie się w więzieniu, za np. kradzież. A ono nigdy nie dorosło i myślało, że w tym nie ma nic złego.

    Owszem, źle się dzieje, jeśli zdobywanie dobrych ocen nie jest wynikiem uczenia się i poznawania świata. A zdobywanie złych ocen, jeśli nie wynika z zaniedbania uczenia się i poznawania świata. Jeśli tu jednak jest zgodność i prawidłowość, a zazwyczaj jednak jest, to dobrze, że dzieci trochę rywalizują. Źle, jeśli to się przeradza w powszechny dziś „wyścig szczurów”.

    Jeśli natomiast, ktoś czuje się gorszy od innych i wpływa to na jego poczucie własnej wartości i motywację, to znaczy, że jest w niewłaściwej szkole. To jest błąd tzw. szkół integracyjnych. To dziecko znalazłoby po prostu sprzyjający dla siebie klimat w szkole specjalnej i zrobiłoby po niej może większą karierę niż po tej integracyjnej. Albo powinno się to dziecko znaleźć w zasadniczej szkole zawodowej zamiast w liceum z rozszerzonym angielskim. I byłoby szczęśliwe i zrobiłoby karierę w swoim fachu lepszą niż po ledwo odpękanych studiach, z których nie wiele wie. Niestety, zamiast szkół specjalnych lansuje się tzw. integrację, a szkoły ZSZ-ty polikwidowano na rzecz jakichś niby liceów uzawodowionych itp.

    4. Schemat „Musisz być posłuszny autorytetom”

    Jest to oczywiste, że nauczyciel może się mylić i że można z nim dyskutować.

    Problem w tym, że mamy nauczycieli wykształconych w chorym systemie i dlatego często się w wielu sprawach mylą – nie zdając sobie z tego sprawy. W dobrej wierze – źle uczą – razem z mediami i czymś, co jeszcze się nazywa kulturą.

    Stygmatyzowanie dzieci nie jest też dobre.

    Rozwiązaniem tego problemu nie może być rezygnacja z posłuszeństwa autorytetom, bo to jest ścieżka do nikąd.

    To raczej autorytety trzeba naprawić. Potrzeba więc prawdziwych autorytetów, wiernych prawdzie. Bo prawda istnieje i jest obiektywna.

    Nauczyciel powinien być mistrzem, który do odkrycia tej prawdy prowadzi. Nie może więc jednocześnie być zwierzchnikiem, który przekazuje ucznia kolejnym zwierzchnikom. Do prawdy dąży człowiek wolny, prowadzony przez mistrza-przyjaciela-nauczyciela, który jest godny zaufania o tyle, o ile jest wierny prawdzie.

    5. Sposób rozumienia ludzkich talentów

    Zupełnie zgadzam się z chorym wyodrębnianiem grup talentów. Sam nigdy nie mieściłem się w jednej grupie i widzę to również po moich uczniach.

    Natomiast do powtórzonej tezy z poprzedniego punktu o niewydolności tego „naturalnego autorytetu”, jakim jest nauczyciel, powtórzę, że potrzeba prawdziwych autorytetów, o które strasznie trudno. Trudno, ponieważ inteligencja polska ma mózgi zmielone maszynką rewolucyjną, która działa około od momentu powstania Komisji Edukacji Narodowej.

    Mądry nauczyciel może ukierunkować dziecko – na podstawie kompetentnego rozeznania i we współpracy z tym uczniem. I zawsze ze świadomością ogromnej odpowiedzialności za tego człowieka. Może wskazać, jeśli są ku temu uzasadnione przesłanki, która część wiedzy jest dla niego najpotrzebniejsza ze względu na predyspozycje. Wielu uczniów chce pilnie uczyć się wszystkiego. Przepracowują się przy tym. Jednocześnie pewne zakresy wiedzy są dla nich zrozumiałe i stają się jakąś pasją a inne są wyuczone na pamięć bez zrozumienia. Czasem warto jest częściowo odciążyć ucznia od tych drugich.

    6. Hierarchia przedmiotów.

    Generalnie zgadzam się z tym punktem. (Jeśli nie jest on wewnętrznie sprzeczny, ponieważ można go i tak zrozumieć, że druga część zaprzecza pierwszej.)

    Jednak dodam, że są pewne uniwersalne dziedziny, zwykle dziś zaprzepaszczone, które są niezbędne do dążenia do prawdy w pełnej wolności. Jest to przede wszystkim logika. Nie jest w stanie dążyć do prawdy w sposób wolny człowiek, któremu obce jest logiczne myślenie. Będzie ciągle podatny na manipulowanie nim. To jest najbardziej podstawowy przedmiot.

    Dalej niezbędna jest pewna dawka danych wyjściowych do tego myślenia logicznego. Jest to przynajmniej elementarna znajomość historii i kultury. Ta historia z kolei jest przez wieki (tak jakoś od KEN) pisana i nauczana utylitarnie, a nie prawdziwie. Jeśli się na niej opieramy, to nawet logicznie myśląc, wyciągamy błędne wnioski. Więc trzeba na nowo napisać-odkryć historię.

    Dalej niezbędne są przedmioty rozwijające zdolności poznawcze i dedukcyjne człowieka. Jest to matematyka (zdolność liczenia jest elementarną umiejętnością, aby nie dać się oszukać, nie tylko pieniężnie), łacina i inne języki (ich uczenie się wyrabia zdolność lepszego rozumienia pojęć) oraz kaligrafia (istnieje związek między jej ćwiczeniem a ścisłym myśleniem).

    Dla chłopców podstawowym będzie tutaj także strzelectwo i szermierka – kształtujące waleczność, pewność siebie, odpowiedzialność, dokładność.

    Dla dziewcząt byłyby to raczej inne zajęcia, które powinny kształtować w nieco inny – kobiecy sposób takie cechy jak: dokładność, odpowiedzialność, pewność siebie, matczyną troskliwość… (jak to osiągać – nie powiem, bo mniej się znam na wychowywaniu dziewcząt).

    Z pewnością nie można ograniczać się tylko do przedmiotów kształtujących umiejętności zawodowe, bo wówczas będzie się kształtować (jak to się obecnie dzieje) wyłącznie ludzi „chłopów” pańszczyźnianych, przystosowanych do życia w zależności od swoich zwierzchników i ich interesów. (Jeśli ktoś tylko tak potrafi żyć, to trudno – ma prawo i nie trzeba go na siłę próbować uczynić np. Leonardem Da Vinci, ale warto dać w szkole każdemu szansę na chociaż lekko szerszy rozwój.)

    7. Podział na przedmioty ścisłe i humanistyczne

    Zgadzam się w zupełności, jest to oczywiste. Dlatego strasznym krzywdzeniem jest wczesna specjalizacja zdolnych dzieci. Potrzebne są dobre szkoły ogólnokształcące.

    8. Każde dziecko jest mierzone tą samą miarą.

    Prawda. Jednak całkiem indywidualna ścieżka rozwoju, to projekt bardzo drogi i wymaga raczej nauki w domu.

    Natomiast chore jest niemal całkowite zlikwidowanie zasadniczych szkół zawodowych oraz tzw. integracja zamiast szkół specjalnych, o czym już pisałem wcześniej.

    Dla wielu dzieci one by wystarczyły. Wówczas komuś, kto świetnie np. potrafi i kocha naprawiać samochód, po co udowadniać, że mógłby jeszcze może doktorat zrobić, kiedy on po prostu nie ma takich zdolności. Zwyczajnie marzy, żeby być dobrym, cenionym, uczciwym mechanikiem. Kiedy traktuje się go na równi z wybitnie uzdolnionymi dziećmi, on w ten sposób zaczyna rozumieć, że jest gorszy i się nie nadaje może do niczego…

    9. Przeładowanie dzieci ilością wiedzy.

    W dużej mierze – racja. Często uczy się rzeczy mało potrzebnych – uważając je za najważniejsze. Jednocześnie niektóre z tych uważanych za mało potrzebne – są właśnie niezbędne.

    Z drugiej strony, jeśli ktoś jest mniej odporny na stres, albo ma słabszą pamięć, nie musi zostać profesorem. Wystarczy mu np. zasadnicza szkoła zawodowa.

    Jeśli natomiast być profesorem zamierza, albo w ocenie doświadczonych pedagogów – mógłby, to nie można mu tej wiedzy ujmować, to byłoby nieodpowiedzialne.

    Jednocześnie ważnym elementem jest margines czasu na relaks, zabawę, bycie z rodziną, z przyjaciółmi, realizowanie różnych dodatkowych pasji.

    10. Wszystkie dzieci są w klasach z dziećmi w tym samym wieku.

    Tak. To rodzice, znając swoje dziecko, powinni decydować, kiedy posłać je do szkoły.

    Do drugiej części: nigdzie również, nawet w szkole, nie ma sytuacji, gdzie obracamy się wyłącznie wśród ludzi na tym samym poziomie intelektualnym. Wszędzie poznajemy ludzi zróżnicowanych pod tym względem i musimy w różnych sytuacjach uczyć dziecko życia w takim społeczeństwie. Jednak, aby nauka w szkole była łatwiejsza, klasy o zbliżonym poziomie intelektualnym dzieci są korzystne.

    11. Uczenie dzieci bezużytecznej wiedzy.

    Zdaje się, że ten punkt mówi prawie to samo, co punkt 9. Odniosę się do tego, co jest według mojego rozeznania różnicą, czyli treścią tego słowa „bezużytecznej”.

    Po pierwsze: wiedza raczej nie jest po to, aby była wyłącznie użyteczna i praktyczna. Ma ona też czynić człowieka bogatym wewnętrznie i przez to wolnym w samodzielnym dążeniu do prawdy.

    Po drugie: uważam, że w pewnym momencie (mniej więcej na etapie połowy szkoły średniej), na podstawie tego, „co nasze dziecko zechce w życiu praktykować”, można w sposób obiektywny określić, jaka wiedza jest mu potrzebna. To raczej jasne.

    Na temat zaś wiedzy ogólnej, którą opisałem przy punkcie 6, jak najbardziej, potrafię powiedzieć, do czego się ona przyda. To nie znaczy, że dziecko zawsze będzie w stanie to zrozumieć. Dlatego potrzebna mu motywacja w postaci ocen, pochwał, nagród, a czasem też kar.

    12. Uczenie dzieci w niezwykle nudny sposób.

    To raczej właśnie jest głównie wina nauczycieli. Żadne przeszkolenie nic tu nie pomoże. Po prostu nie każdy może być nauczycielem. Jak ktoś nie potrafi, to niech się zajmie czymś innym. Jest wiele innych możliwości.

    13. Pomijanie kluczowych umiejętności.

    Prawda, że szkoła mnóstwo rzeczy pomija, bo komuś na tym zależy, żeby produkować ludzi zniewolonych, niezdolnych do samodzielnego myślenia, niezależnych od narzucanych na siłę schematów.

    Jednak wymienione tu „przedmioty” to worek z „mydłem i powidłem”. Do tego momentu czytałem tekst traktując go z powagą, więc postaram się dalej.

    Jakakolwiek inteligencja to zdolność przyrodzona człowieka, którą można rozwijać i ćwiczyć, albo z jakiegoś powodu stracić (np. uszczerbek mózgu), albo w ogóle posiadać ją w ubogim stopniu. Jednak nie jest to przedmiot nauczania a raczej sprawność intelektualna.

    Budowanie relacji, związków i komunikacja międzyludzka – to umiejętności nabywane przez wychowanie, nie tylko przez nauczanie. Na to składa się zmiana chorego stylu życia. Dziecko przyklejone do komputera, którego rodzice nie mają dla niego czasu, które w dodatku jest jedynakiem, choćby wiele się o tym uczyło, nie będzie dalej zdolne do nawiązywania więzi i do komunikacji z innymi. Będzie zamkniętym i nieszczęśliwym egoistą.

    Przedsiębiorczość wynika z połączenia cech charakteru: np. odwagi z czymś takim jak wiedza. Można się tego uczyć, ale to nie jest kwestia jednego przedmiotu, ale połączenia wielu przedmiotów i oddziaływania wychowawczego.

    Podobnie jest z rozwiązywaniem problemów – na to składa się wszystko, czego się uczymy i nasze doświadczenie – bo problemy są różne i są ciągle.

    Dbanie o zdrowie ciała – jest to uczone teoretycznie – ale potrzeba tu praktyki w postaci sportu w tym pływania itp… Więcej narzuconych dziecku obowiązków, które wykształcą dobre nawyki. Mówienie nie wystarczy.

    Problemem jest zdecydowanie dbałość o zdrowie duszy. Higiena duchowa generalnie prawie całkiem leży. Problemem jest programowe pomijanie tej sfery człowieka. To się przekłada na ogólne słabe zdrowie człowieka, jego słabą kondycję. Programowo człowiek, zwłaszcza bardzo wrażliwy młody człowiek, jest zatruwany hektolitrami trucizny duchowej, którą wchłania. Jest to wszechobecne przeerotyzowanie treści reklam, teledysków i innych, które po prostu się ogląda. To działanie w duchu Aleksandry Kołłontaj – komisarza ludowego ZSRR, która promowała „seks, jak szklankę wody”. Dalej to śmiertelnie trująca marksistowska ideologia gender, uniezdalniająca dzieci do bycia w przyszłości ojcem i matką dla swoich dzieci. Następnie relatywizm i utylitaryzm w pojmowaniu wartości kształtujący nieodpowiedzialność. Przy tym napływ toksycznych duchowości spod znaku New Age, które są chętnie wchłaniane przez pustkę w sercach, którym podstępnie odebrano Chrześcijańskiego, Katolickiego Pana Boga. Stąd zamiast modlitwy pojawiają się rozmaite medytacje, wchodzenie w siebie, szukanie boga w sobie samym i czynienie się nieszczęśliwym. Tymczasem Pan Bóg po prostu jest niezależnie od nas i od świata. Jest Królem nad nami. Szanuje nas, nasz rozum, nasze pragnienia. I przebacza nam skutecznie grzechy, jeśli za nie żałujemy w pokorze, spowiadamy się. To jest bezcenne, bez tego ani planowanie przyszłości nie ma sensu, ani zarządzanie czasem, ani wiele innych…

    To tylko wierzchołek góry lodowej. Do chorych zdobyczy rewolucji należałoby jeszcze dodać samą ideę szkolnictwa świadczonego i regulowanego przez państwo i np. koedukację.

    Moje spojrzenie na obecny system edukacji od dawna jest bardzo krytyczne. Często jest mi niezręcznie być dyrektorem szkoły i nauczycielem.

    Jest na to wszystko pewne rozwiązanie, jednak musi ono być gruntowne i systemowe. Trzeba doszczętnie usunąć ze szkolnictwa wszystko, co jest spuścizną światowej rewolucji, która swoje korzenie wywodzi z reformacji. Jest to prawie wszystko, co wprowadzono od czasów Komisji Edukacji Narodowej.

    Wiem, że dla wielu powyższy akapit może być niezrozumiały a nawet budzić wewnętrzny bunt. To wynika z tego, jak zostaliśmy ukształtowani przez system edukacji. Znikomy procent ludzi inteligentnych wie, czym w rzeczywistości była reformacja, jeszcze mniej zna rzeczywistą naukę Martina Lutra. Podobnie mało kto zdaje sobie sprawę, czym w rzeczywistości była uwielbiana przez inteligentów Komisja Edukacji Narodowej.

    Nawet, jeśli walka z tym wszystkim, jest walką z wiatrakami, to i tak warto. Kontrrewolucja zawsze działa się oddolnie w przeciwieństwie do rewolucji. Nawet warto chociaż wewnętrznie zachować intelektualną wolność. Ludzie jednak zaczynają się budzić i być może, zmiany są już za rogiem, nawet, jeśli wymagają wielkiego poświęcenia.

    Na koniec przestrzegam przed ślepymi i zdradliwymi uliczkami w szukaniu zmian.

    Przestrzegam przed szkołami demokratycznymi. Demokracja sama w sobie jest wewnętrznie uszkodzona i jest taką samą utopią z góry skazaną na bolesny upadek jak socjalizm, czy komunizm.

    Przestrzegam przed szkołami i przedszkolami waldorfowskimi czy sztajnerowskimi. Opierają one swoje działanie na obłąkanej, sprzecznej z rozumem wizji człowieka. To jest bomba z opóźnionym zapłonem, poważne zagrożenie duchowe. (Tak, władze duszy to rozum i wola człowieka.)

    Jak najbardziej polecam edukację domową, choć jest to ze wszech miar drogie i kosztowne na różne sposoby.

    Rzeczywiście edukacja i wychowanie dzieci i młodzieży powinny być jednym z priorytetów w Polsce, w naszym kraju, w naszej Ojczyźnie. „Jednym z” ponieważ jest bardzo ściśle powiązany z kilkoma innymi, bez zmiany których nic się tu nie zmieni.

    • Dziękuję za szeroki i wartościowy komentarz – bardzo wzbogaca i uzupełnia treść mojego artykułu.

    • Józef

      Pozdrawiam, dziękuję za miłe słowo!

  • Monika

    Taka jest smutna prawda. Chociaż trochę krzywdzące są określenia „nauczyciele robią tak…” a jak mają robić? Bez względu na to, czy robią coś świadomie czy nie, z chęcią lub nie, nic nie zależy od nich. Nauczyciele mają związane ręce przez podstawę programową. „Dziecko ma wiedzieć to, to i to, a tego już nie”, a jak nauczyciel się z tego nie wywiąże to ma problemy. Sama jestem nauczycielką, i chociaż uczę w szkole językowej, gdzie mam szersze pole manewru niż w zwykłej szkole publicznej, muszę spełnić pewne standardy bez dyskusji, nawet jeśli uważam, że są błędne. Ucząc gimnazjalistów pracujemy na bardzo paskudnym podręczniku i chociaż proszę się o ich zmianę, niewiele mogę zdziałać. Chociażby dlatego, że „mamy takie na stanie, trzeba je sprzedać” a ja muszę je zrealizować, bo rodzice płace min. 100 zł i chcą, żeby ten podręcznik był zrobiony od A do Z.

  • Magda

    Wiesz przeczytałam sobie artykuł i to wszystko co piszesz jest prawdą, ale połowiczną. To nie do końca system jest zły tylko realizatorzy tego systemu. Czasem nauczyciel, czasem dyrektor, czy jakiś urzędnik, który zarządza oświatom.
    Nawet jak na górze zmienią coś, to może się nic nie zmienić na dole. Mentalność ludzka musi ulec zmianie.

    • Magda, jest dokładnie odwrotnie. Nauczyciel, dyrektor czy urzędnik robią tylko to, czego zostali nauczeni i czego się od nich wymaga. Jeśli zrobią coś wbrew systemowi, zostaną bez pracy.

      O systemie decydują politycy i jak na razie nie mają zamiaru zabierać się za reformę systemu edukacji w Polsce. Sama zastanów się, dlaczego taki stan rzeczy jest im na rękę.

  • Jakiś Ktoś

    Akurat przedsiębiorczość jest w szkołach.

  • Ola

    Teraz rozumiem dlaczego nigdy nie smiem wyrazac swojej opnini lub odpowiadac na otwarte pytania! Uczenie sie tez nigdy nie bylo moim ulubionym zajeciem a fizyka byla najtrudniejszym do zrozumienia przedmiotem i okropnym przedmiotem bo tlumaczona regulkami…. a przeciez fizyka jest tak naprawde jedna z najciekawszych dziedzin! Wielka szkoda.
    To czego sie uczylam w szkole wylecialo mi z glowy juz dawno temu.

  • Tomek

    Zgadzam się z tezami, z małymi jednak wyjątkami:
    w liceum, do którego ja chodziłem, był przedmiot wiedza o przedsiębiorczości.
    Nie rozumiem, dlaczego postulujesz wprowadzenie medytacji – przecież jest religia, która nota bene powinna być w salce pararialnej a nie w szkole.

    Pozdrawiam i czekam na Twoje alternatywne pomysły.

    • Tomek, oczywiście nie zawsze, ale w zdecydowanej większości przypadków przedsiębiorczość w szkołach nie ma nic wspólnego z tym, czym naprawdę przedsiębiorczość jest (ja na przykład na tym przedmiocie wyklejałem kartki świąteczne…).

      Medytacja nie jest związana z żadną religią. To praktyka, która wywodzi się z buddyzmu (który jest bardziej filozofią niż religią), ale która sama w sobie może być praktykowana w odłączeniu od jakichkolwiek dogmatów. Z perspektywy naukowej to jedno z najlepszych ćwiczeń, za pomocą których możesz zmienić swój mózg.

  • Ana Prokop

    To jest jeden z mądrzejszych artykułów jakie w życiu czytałam. Niby zawiera oczywiste fakty, ale są one dobitnie przedstawione. Jedyne moje pytanie i wątpliwośc wiąże się z tym, co zrobić żeby nie ulec takiemu wychowaniu? A najważniejsze: Co zrobić jak już się temu uległo, jak się pozbyć takiego myślenia o sobie, jak się otworzyć na inne ścieżki?

    • Marcin

      Wydaje mi się, że kłopot właśnie w tym, że wszyscy jesteśmy tak wychowani, a skoro weszło się między wrony, trzeba krakać jak i one. Trudno jest być niepasującą jednostką do systemu. Jesteśmy zwierzęciem stadnym.

  • Anna

    W 100 % zgadzam się z artykułem. Jestem obecnie w klasie maturalnej i początkowo nie dostrzegałam błędów w systemie tak wyraźnie. Jednak nawet napisanie tego komentarza sprawiło mi trudność, co spowodowane było przede wszystkim strachem przed oceną internautów, pomijając fakt, że to moja własna opinia, do której mam prawo ( jednak najwyraźniej polski system robi swoje). Z problemu zdałam sobie sprawę dopiero wtedy kiedy poznałam rówieśników z krajów skandynawskich. Będąc z nimi w codziennym kontakcie, jestem stale zmuszona do dostrzegania różnic w obydwu systemach. Jak większość pewnie wie większość aspektów krajów skandynawskich są zupełną odwrotnością polskiej rzeczywistości. Błędy, o których wspominali moi zagraniczni znajomi, w pełni odwzorowuje treść zawarta w artykule. Sama staram się „dopasować” do schematu, przynosząc do domu na koniec roku świadectwa z czerwonym paskiem, jednak podobnie jak pozostali uczniowie do szkoły uczęszczam niechętnie. W ciągu ostatnich dwóch lat nauki szkoła dostarczyła mi ogromną dawkę stresu i nieprzespanych nocy. Stała się dla mnie rutyną.
    Czas upływa a zmiany są minimalne i nie zawsze trafne. Sama rozważam studia za granicą i przeprowadzkę.

  • Zgadzam się z tym artykułem, chociaż muszę przyznać, że dzieje się coraz lepiej. Uczę języka angielskiego i muszę powiedzieć, że od początku studiów mówiono nam, że popełnianie błędów jest czymś normalnym i nie można uczniów zniechęcać poprzez wyśmiewanie błędów. Nie wiem jak wygląda to w przypadku nauczycieli innych przedmiotów, ale jako że języki, a w szczególności angielski, stały się ostatnio priorytetowe, zmieniono sposób nauczania i podejście do ucznia.

  • Fajny tekst ale … dość mocno generalizujący. Przyznam, że czasy mojego kształcenia przypadają na lata 80 ale większości tutaj opisywanych błędów szkolnictwa nie uświadczyłem. Owszem znam je „teoretycznie” ale … tylko teoretycznie. Być może po prostu miałem szczęście. Kto wie? Kiedy patrzę na swoją córkę to – kosmos, bo to już zupełnie nie potwierdza większości. Nawet obawiałem się, że program poszedł zdecydowanie za bardzo liberalnie – malowanie ścian swojej klasy, klasy nazwane swoimi nazwami, wiele projektów (wspólnych, indywidualnych) a miary … do dnia dzisiejszego się zastanawiam jakie były – a gimnazjum już skończyła. Dobrze Michale, że poruszyłeś te tematy bo one są istotne i fajnie budujesz świadomość tego co wpływa na „nasz program”. Szkoła to tylko ułamek tego co dostajemy w programie. Cały proces, jeśli by przestudiować psychologię rozwojową, zaczyna się znacznie wcześniej, a źródła naszych programów, przekonań są znacznie szersze. Kolejnym elementem jest tzw. talent. Akurat zajmuję się sportowcami (jestem coachem sportowym) i takie pojęcie jest mało użyteczne – odchodzi się od tego pojęcia bo ma małe znaczenie w osiąganiu sukcesu. Są po prostu inne cechy, które mają większy wpływ na osiągnięcia. W szkole podobnie. Widziałem „utalentowanych” i pracowitych. Historycznie, nie muszę przeprowadzać żadnych badań, 100% pracowitych z mojej klasy żyje zdecydowanie lepiej niż utalentowani (choć to oczywiście pojęcie względne i subiektywne). Wyniki badań wskazują jednak jednoznacznie, że bazowanie na talencie i wspieranie takiego podejścia to ślepa uliczka. Swietnie, że temat poruszyłeś. Inspirujące!

  • olcha000

    Jeśli chodzi o drugi punkt, to faktycznie prawda. W tym roku szkolnym będę zdawać maturę, a rozwiązując zadania, np. z matematyki, mając je dobrze rozwiązane i tak jest źle. I chociaż rozumiem, to nauczyciele uważają, że nie.

  • anka

    W większości się zgadzam. Niestety, system, w którym przyszło mi pracować (jestem nauczycielką sp i gimn.) nie pozwala mi „rozwinąć skrzydeł”. Szkoła to nie jest miejsce dla orłów. Tu wszyscy „tępieją i maleją”, a na straży tego procesu stoi poddający się odgórnej manipulacji dyrektor- najczęściej średnio inteligentna kobieta w średnim wieku, mocno zastraszona i niezdolna do samodzielnego myślenia.

  • germanistka

    Witam, chciałabym zapytać autora artykułu jak widzi to „oddolne zmienianie” systemu edukacji. Uczę języka niemieckiego w liceum, na swoich lekcjach w pierwszej klasie nie wprowadziłam zeszytu, po to aby uczniowie uczyli sie języka w praktyce – mówić! a nie notować słówka w izolacji czy niepotrzebne reguły gramatyczne (to pojawiało się poźniej i tylko na potrzeby matury). Rodzice napisaali na mnie skargę że nie mam kwalifikacji do uczenia i że uczniom grozi nie zdanie matury (chociaż zaden mój uczen nigdy nie oblał) a dyrekcja szkoły zmusiła mnie do zmiany sposobu nauczania pod groźbą utraty pracy. No i co z tym zmienianiem systemu skoro sami rodzice nie dostrzegają potrzeby zmian a byle świstek z kilkoma podpisami jestwystraczający, aby zmusić kogoś do zmiany nowatorskich metod nauczania???

  • Student

    „Uczenie dzieci bezużytecznej wiedzy”
    Wiedza nie jest bezużyteczna. Może lepiej napisać: uczenie dzieci wiedzy, która ich nie interesuje. Cieszę się, że musiałem się uczyć mało przydatnych regułek, bo przynajmniej mam o nich pojęcie. Nauka formułek rozwija nasze możliwości intelektualne. Nie róbmy z Polski Ameryki.

    • „Cieszę się, że musiałem się uczyć mało przydatnych regułek, bo przynajmniej mam o nich pojęcie.”

      Ja się nie cieszę, bo w tym samym czasie mógłbym się nauczyć rzeczy dużo bardziej przydatnych, które mogłyby na tamtym etapie na wiele różnych sposobów zmienić moje życie.

  • Spejson

    Artykuł napisany na podstawie hiszpańskiego filmu o całkowitej zmianie systemu edukacyjnego na świecie.

    • Spejson, nie oglądałem tego filmu, ale dzięki za docenienie treści.

  • Adam

    Największy żal mam z powodu marnowania mojej chęci do nauki w przedszkolu. Pamiętam jak dziś, jak cały dzień czekałem, aż w końcu zaczniemy „robić ćwiczenia”, czyli uzupełniać labirynty (miałem 5 lat).
    Wydaje mi się też, że obecnie w szkołach rozwijane są zachowania społeczne, w jakichś zabawach w grupach, ale to też ma swoje wady (podziały, dylematy, kogo osoba wybierająca ma wybrać – jeśli nauczyciel zaaplikuje taką metodę)
    Wydaje mi się też, że system wspiera z determinacją nepotyzm. (np. głosowanie, która grupa zrobiła „najlepszy” projekt, a wygrywa ten, kto jest najbardziej lubiany.)
    Do tego nie liczy się rzeczywista wartość pracy, a jej odbiór. To, że w „moim” systemie (98) ocenia się estetykę i atrakcyjność, dajmy na to wypowiedzi, być może jest pozytywem, jednak mi to nie leży. (Ocena wypowiedzi na forum jest aspektem dążenia systemu do wpajania praktycznych umiejętności…, Najwyżej oceniani są ci, którzy czują się dobrze w ekspresyjnym wypowiadaniu się, a to, co w ogóle mówią, nie ma niemal żadnego znaczenia, tak przynajmniej ja to odbieram, gdyż czuję się pokrzywdzony.
    Najgorszy w skutkach błąd to właśnie ocenianie błędów (w przedstawionym dalej przypadku nie wiem, czy to przewiduje system, czy to błąd nauczycieli) (gdzie w kolejnych klasach zgłasza się coraz mniej dzieci) – ja, mimo tego, że mam niebywale dużo mądrości do przekazania, od 6 klasy w ogóle się nie zgłaszam. I tutaj wytknąłbym nie tyle ocenianie błędów, co brak zrozumienia tego, co się mówi, i znowu przedkładanie wyrazistości mówienia nad jego sens.
    Nauczyciele mają te swoje konteksty i zadając pytania oczekują określonych odpowiedzi – ustalają porządek lekcji, kierują myśleniem – tak,fajnie.. Na j.polskim zawsze miałem ten problem, że do wiersza podszedłbym w zupełnie inny sposób, niż nauczyciel, a wnioski otrzymałbym te same, lecz nie zawsze wszystkie.–> Więc dla mnie największym problemem w tym wymiarze problemów jest to, że największą aprobatę nauczycieli zawsze uzyskiwały te odpowiedzi, które były najbliższe jego wyobrażeniom, a mianowicie dla mnie banały. Jakieś szczególne subtelności, które trudno zauważyć, których spostrzeżenie chciałem wyrazić, które moim zdaniem mają najważniejsze znaczenie, gdyż są właśnie tak mało uchwytne – ZAWSZE były zbywane jakimiś gorączkowymi potakiwaniami, czy krytyką cichego mówienia. I tu dochodzimy do kolejnych problemów. Nie ma czasu na jakiegoś imbecyla, który czepia się nie ważnych spraw. (Ja jestem przekonany, że są ważniejsze od tych domniemanych).
    I teraz ostatni: dzięki przeczytaniu tego artykułu wymieniającego oczywiste błędy, jednak coś uzyskałem, a mianowicie uświadomiłem sobie, że zawsze kiedy się zgłaszałem, by coś powiedzieć, robiłem to, by dostać plusa, a nie po to, by inni usłyszeli moje zdanie. Zawsze, a wszyscy nauczyciele to wspierali – żaden nie powiedział: liczy się to, jak oddziałujecie na innych, a nie ilość plusów. Dochodziło też do tego, że dwie osoby w klasie walczyły o plusy, a gdy nauczyciel wybrał do odpowiedzi tą drugą, poczucie niesprawiedliwości z powodu faworyzacji kogoś hipotetycznie „gorszego” przyprawiało o płacz. Dla przykładu: „Mamo, z j. angielskiego miałem o 30 plusów mniej, niż Patryk, czyli 298, to takie nie fer. Idź coś mu powiedz, bo mama Patryka też przychodzi i mu mówi, żeby więcej go pytał!” Chociaż umyślne wspomnienie o tak kolosalnych liczbach to raczej nawiązanie to problemu samego nauczyciela.
    W efekcie przydzielenia mnie do klasy dużo uboższej w intelekt, w podstawówce osiągnąłem oczywiście monopol w dyskusjach na j. polskim i tak mnie to rozzuchwaliło, że zacząłem nie zgadzać się z nauczycielem! Oh! Tyle, że w sposób dość ostentacyjnie rozśmieszający bandę głupków. Na obrazie widniał chłop pijący z jakiegoś dzbanka. Miałem więc gotową i szczegółową interpretację tego, co wynika z picia przezeń alkoholu. Nauczyciel za pierwszym razem nie zwrócił na mój komentarz uwagi, ale ponowił pytanie: co robi postać na pierwszym planie. Rumiana, leżąca postać. „-Pije alkohol” – Ha-ha-ha! (osoby o miernym poczuciu humoru) „-Nie. Co na pierwszym.. – Pije alkohol. „NIE! Skoro tak się zachowujecie, to sami piszcie tą interpretację i wam ją sprawdzę!” Oczywiście ja powinienem dostać 5, ale dostałem 4, a pracy nie dostałem do zobaczenia, ale klasa tak mnie wtedy z wiadomych przyczyn zdołowała (bo ich oceny były dużo gorsze), że od tamtej pory w ogóle się nie zgłaszam. Mój uraz psychiczny pogłębiły dodatkowo uwagi wychowawcy co do oceny z zachowania, chociaż w ogóle nie przeklinałem, nie odzywałem się na lekcjach, 0 spóźnień i nieprzygotowań), ale mniejsza o to i to na ten moment wszystko, co mam do zobrazowania.
    Może jeszcze to, że uważam, iż kiedy miałem 4 lata powinno się mnie posłać do szkoły dostosowanej do tego nie ilością narysowanych misiów, a posiłkami i umożliwieniem powrotu do domu. (Mam na myśli osoby takie jak ja, a nie przeciętnych, normalnych … ludzi, dajmy na to, bo mam taki uraz na psychice z powodu nierównego poziomu w klasie, że nazywam ich po prostu: głupkami.)

  • Chleb z pasztetem

    Uczę się w szkole średniej. Od małego osoba nauczyciela jawiła mi się jako potężny autorytet, którego aprobata lub dezaprobata była dla mnie wszystkim. Potrafiłam przepłakać noce, bo nauczyciel powiedział to albo tamto. Jednak zawsze jakoś tak mi się życie układało, że większość spotykanych przeze mnie belfrów należała do osób życzliwych, pomocnych, realizujących swoją pracę z prawdziwym zacięciem i najlepiej, jak potrafili. Ten mój szkolny światek zawalił się półtorej roku temu, gdy poszłam do liceum. Zmieniło się nie tylko ich podejście do mnie, jako do ucznia, ale też moje podejście do nich. Obecnie połowa grona pedagogicznego to w moich oczach zahukani, zakompleksieni ludzie, którzy uczą nas z łaski, lekcje to dla nich katorga, a braki w swoim poczuciu własnej wartości odbijają sobie na nas, starając się za wszelką cenę pokazać, kto tu rządzi. Są mistrzami w kopaniu leżących; jeśli gorzej się uczysz lub masz problemy innej natury, jesteś skończony, twoja uczniowska reputacja umarła i nikt nie przychodzi na jej pogrzeb. Trudno mi powiedzieć, dlaczego tak się dzieje, czy to wina niespełnionych ambicji zawodowych, może jakieś brutalne zderzenie ze szkolną rzeczywistością, gdzie system zakuwa i ucznia i nauczyciela w kajdany tych przestarzałych metod, uniemożliwiając jakikolwiek rozwój. Może śmieszne, nieadekwatne do wykształcenia i wysiłku pieniądze. Może wykończenie pracą i wypalenie zawodowe. Pewnie wszystko po trochu.
    Sam program nauczania i system edukacji w ogóle, nadaje się tylko do śmietnika. W mojej szkole uczniów od pierwszej klasy straszy się egzaminem, mówi się, jaka to krwiożercza jest nowy egzamin, jak to musimy zakuwać dniami i nocami, jeśli chcemy cokolwiek w życiu osiągnąć. No tak, tutaj wypada wspomnieć o rzeczy, której nie pojmuję i zarazem szczerze nienawidzę. To, czego nie cierpię najbardziej, to marnowanie mojego czasu (sama potrafię marnować go wystarczająco dobrze ;)) Tymczasem w szkole mam z tym do czynienia notorycznie. Psor najpierw ponarzeka, że program taki straszny, czasu tak mało, mam trzydzieści godzin, ratuj mnie, o słodki Jezu na wrotkach… A potem przez kwadrans będzie wystukiwać temat lekcji na swoim ajfonie, kolejne dziesięć minut na strofowanie Maciusia i Kamila, bo mu przeszkadzają, jeszcze trochę ponarzeka, każe przynieść kredę, przypomni sobie, że trza obecność sprawdzić. W końcu zabierze się za tłumaczenie lekcji. Jest to dla niego kara, dlatego będzie wykładał tę biologię/matematykę/wos etc. z zaangażowaniem leniwca na kacu. Oczywiście zrobi to w tak pokrętny i nudnawy sposób, że połowa zaśnie, a druga połowa nie zrozumie, mimo, że temat był relatywnie ciekawy i nawet nieszczególnie trudny. Kiedy część uczniów już zczai czaczę, czeka ich długa chwila nudy, bo reszta jeszcze nie ogarnęła. A spróbuj, wyciągnąć książkę, zadanie z innego przedmiotu, czy choćby przeciągnij się w ławce – masz siedzieć jak ten głaz, nieruchomo, bezgłośnie, najlepiej w ogóle nie oddychaj, bo mu przeszkadzasz w prowadzeniu lekcji. Ta mniej ogarnięta część klasy i tak w większości tematu nie zrozumiała, bo się zestresowała, belfer był już sfrustrowany, a koledzy nie dali im się skupić swoim wierceniem i szeptaniem. Dzwoni dzwonek. Chcesz wyjść na przerwę, żołądek ci się do kręgosłupa przylepia, przypominając, że czas na lunch, a pęcherz daje znać o innej potrzebie. Ale nie, bo on jeszcze nie skończył, a „dzwonek jest dla nauczyciela, a nie dla ucznia”. Wydawało mi się, że dzwonek, jako najbardziej demokratyczna rzecz w tym przybytku dzwoni dla wszystkich, bez względu na płeć, wiek, czy profesję, ale się myliłam. Kiedy już łaskawie wypuści nas z klasy, zdążysz tylko się odlać i już musisz zapierniczać na trzecie piętro, bo matma ucieknie.
    Poza tym marnowaniem cennych minut, apogeum uśmiercania czasu przypada na okres letni. Po wystawieniu ocen, przychodzenie do szkoły jest już w zasadzie tylko farsą, którą trzeba odegrać i tyle. Pooglądajmy filmy, utwierdzając wszystkich w przekonaniu, że uczymy się po to, żeby mieć dobre stopnie.
    Część pewnie powie, że ja tu haniebnie generalizuję, wylewam swoje frustracje i żale wobec nauczycieli… I poniekąd będzie miała rację ;) Wiem, że nie musiałam strzelać tutaj takiego wywodu, ale smutna, naga prawda jest taka, że duża część lekcji tak właśnie wygląda. I nikt nic z tym nie robi. Nie wiadomo po co, wprowadza się jedynie nowy program, w którym nowego jest tyle, że zmienia się kolejność wprowadzanych tematów, wyjmuje się tematy takie, o których i tak trzeba powiedzieć (bo bez nich nie zrozumiesz tego, co w podstawie jest) i wciska się nowe podręczniki, bo wszyscy uwielbiamy wydawać na nie swoje ciężko zarobione pieniądze (czy tam rodziców ciężko zarobione pieniądze). Cóż, szkolna rzeczywistość jest szara i bolesna.

    • Iwona

      tak! to jeden z większych grzechów polskiej edukacji, marnowanie czasu. Znam przypadki uczniów klasy maturalnej, którzy otwarcie twierdzą, że szkoda im czasu, żeby iść do szkoły, bo wolą się pouczyć w tym czasie:)

  • Klio

    Lubie zdobywac więdzę, ale nawet na uczelni sie zawiodłam. Kucie, Kucie jeszcze raz kucie. Już nie mówiąc o tym, że umieszczenie bandy niedojrzałych dzieciaków w jednym miejscu to istna dżungla z której duża częśc dzieci wychodzi pacharatana psychicznie;( Szkołe wpsominam strasznie, jestem ruchliwą osobą i siedzenie w ławce to dla mnie koszmar.

  • Klio

    *poharatana;)

  • Dominika

    Obecnie jestem w gimnazjum. Błędy w edukacji dostrzegam praktycznie codziennie. Czy możesz mi podać jakieś konkretne sposoby na oderwanie się od tego szkodliwego systemu jednocześnie nie rezygnując ze szkoły ?

  • Jakub

    Ilość wiedzy przyswajanej na zajęciach nie jest zatrważająca. Szczególnie jaskrawo widać to na przykładzie języka polskiego – kiedyś uczeń gimnazjum był zobowiązany znać znacznie więcej lektur. Teraz można policzyć je na palcach jednej ręki. Szczerze mówiąc, trochę boję się wizji społeczeństwa, które nie czyta, bo nie musi. Książki trzeba reinterpretować, co jest zadaniem nauczyciela – ale nie rezygnować z nich. Poza tym sceptycznie odniosę się do bezużyteczności wiedzy. Moim zdaniem chodzi nie tyle o rzeczywiste przyswojenie np. podstawowych praw fizycznych (tzn. nie to jest główną ideą), co o nauczenie myślenia abstrakcyjnego. A jak to zrobić inaczej, jeśli nie przez wyjaśnienia i doświadczenia wielu zjawisk? Jeśli chodzi o resztę punktów, mam mieszane uczucia. Na pewno większość z nich wcale nie odnosi się do systemu, jak to jest napisane, ale do nauczycieli. W rzeczywistości wcale nie są najgorzej przygotowani. W trakcie studiów specjalizacje nauczycielskie mają w semestrze zazwyczaj od dwóch do czterech przedmiotów, realizowanych – mam nadzieję – w miarę nowocześnie, do tego dochodzą praktyki, a później ciągłe szkolenia. Z mojej perspektywy problemem jest dopiero wypalenie zawodowe, o co niestety dość łatwo, tym bardziej że ostatnio nauczyciel ma niestety mniej czasu na przygotowanie lekcji, ze względu na konieczność zajmowania się tzw. papierologią. Ale żebym wyłącznie nie krytykował, to punkt pierwszy wydaje mi się bardzo cenny.

  • Kuba

    Dlaczego nie oprzec edukacji na drodze do szczescia jesli jest ono tozsame z optymalnym rozwojem wzgledem kazdego dziecka ? Pielegnujac intuicje miedzy innymi poprzez zasady coachingu; dziecko odpowiednio ukierunkowane same znajdzie najlepszy sposob na spelnienie. Z powyzszymi punktami zgadzam sie w pelni i podziwiam ich podzial – liczba 13 jest wyjatkowo adekwatna w tym wypadku .^

  • tom kosinsky

    Genialne!

  • Problem niekoniecznie leży u samiuśkich głębokich fundamentów.
    Pisemną maturę z polskiego pisałem o Elryku z Melnibone. Ocena: bdb. Można było niestandardowo? Można było.
    W przypadku nauki matematyki nie wiem jak wiele można zrobić dla wolności eksperymentowania, ale dyskutowanie z nauczycielem o zasadności sposobu wyliczania ile to jest 18% podatku od kwoty 7199 PLN wydaje mi się być cokolwiek abstrakcyjnym pomysłem.
    I tak dalej, i tym podobne. System to jedno, a jak się do niego adaptują ludzie – to drugie. Oczywiście że ogromna ilość ludzi uczy się rzeczy kompletnie im niepotrzebnych. Przyszły mechanik samochodowy czy kasjer Auchana naprawdę nie powinien marnować czasu w liceum.

  • Człowiek

    Medal ma mnie strony winna leżu po obu stronach, bo ludzie boją ponosić konsekwencje,wiele nauczycieli dobrze zarobić na korepetycjach. po co maja uczyć dobrze na lekcjach, jak na korkach więcej wyciągają…?Na rożne prezenty, koperty w kwiatach bomonierki, wyposażenie mieszkania… często nawet robią listę życzeń co im kupić na Koniec roku szkolnego. i na inne okazje..a to jest przecież forma przekupstwa, czynnik korupcyyjnotworczy…

  • Nauczyciel

    Darek
    Będąc nauczycielem 20 lat parę ciekawych rzeczy zdążyłem już zauważyć. Nauczyciele języków obcych (tzw drugiego języka) mają do dyspozycji w technikum 1. godz, tygodniowo w grupie 23 osób, gdzie wf-u są 3 godz. i 2 godz religii. Nawet gdyby był to najlepszy językowiec, lektor itp to może ugryźć się w d..ę a w takich warunkach nie zrobi po prostu nic. Pytanie – z jakich przedmiotów jest egzamin maturalny i czy na pewno z wf-u i religii? I co będzie miało większy wpływ na życie zawodowe ucznia, czy na pewno wf i religia? Jaki kraj taka edukacja!

  • tosia

    Co myślisz o wychodzeniu na środek i pytaniu uczniów na forum klasy? Dla ucznia jest to bardzo stresujące, czy jest to w jakiś sposób przydatne w normalnym życiu np. podczas rozmowy kwalifikacyjnej?

    • Tosia, wychodzenie na środek może być pomocne i przydatne w rozwoju umiejętności ucznia ale tylko wtedy, gdy grupa jest mała (najlepiej do 10 osób) i dobrze zintegrowana (jest atmosfera akceptacji, szacunku, wyrozumiałości). Gdy uczeń czuje się bezpiecznie i nie boi się wyśmiania, wtedy wyjście na środek może być dla niego świetną lekcją przemawiania i komunikacji. Niestety w szkołach robi się to beznadziejnie (duża grupa, atmosfera rywalizacji, krytykowania i wyśmiewania) i zamiast pomagać, takie praktyki tworzą u ucznia fobię społeczną i niechęć do wystąpień publicznych.

  • Percival Ulster

    Odświeżamy.
    Nie można zrobić lepszego systemu edukacji.
    Nie da się zastąpić „złego” ministra – naszym.
    Bo sprawa nie idzie o to, że Pan Minister źle układa program.
    Chodzi o to, że w ogóle ktokolwiek go układa!
    -Ale jak to, po prostu znieść system?
    -Do zera?
    -I jak to niby miałoby działać?
    Typowe obawy krótkowzrocznych.
    A chwila zastanowienia nasuwa nam:
    – NIE ma ministerstwa od spraw komputerów NIGDZIE, a już na pewno nie tam, gdzie są one wymyślane/produkowane.
    I co, tanieją czy drożeją???
    Są co roku szybsze?
    Funkcjonalniejsze?
    Bo ich produkcja/konceptyzm jest całkowicie ZDECENTRALIZOWANA!
    I dokładnie tak samo działałaby edukacja Wolnej Polski.
    Ktoś ma pomysł – robi szkołę dla dzieci, np. malarską.
    Urzymuje się, rozwija – nabiera renomy, sławy a jej dyplom – znaczenia.

    Nie chce mu się, obciąża uczniów (klientów!) bezużytecznymi głupotami,
    to wylatuje z rynku.
    A ludzie zaczęliby szanować szkołę.
    Bo płaciliby za nią jawnie, bez iluzji darmochy.
    Bo Związki Nauczyciel@%$^wa poszłyby z torbami.
    I to nie byłaby „buda”.
    Tak odrodziłaby (i odrodzi, zobaczycie!) prawdziwa Szkoła.

  • Julia

    Jestem w pierwszej klasie liceum i przez ostatnie lata zastanawiałam się czemu ze zdolnego brzdąca, który jako pierwszy wśród rówieśników nauczył się pisać i czytać przed pójściem do przedszkola, uznawanego za przyszłą wybitną jednostkę, stałam się rozleniwionym nierobem, nienawidzącym się uczyć i żyjącym tylko marzeniami, których w żaden sposób nie realizuję… Będąc dzieckiem zawsze się wyróżniałam, miałam mnóstwo pasji nieadekwatnych do wieku i nie wiedzieć czemu, nagle w gimnazjum zorientowałam się, że z tego wszystkiego pozostało mi zaledwie jedna. Nie wiedziałam czemu straciłam zapał, dlaczego nie przesiaduję już godzinami oglądając filmy dokumentalne i nie czytam już książek z takim zaciekawieniem, jak dawniej, nie rysuję, nie piszę, nie robię nic… Próbowałam wracać do starych zainteresowań, które dawniej stanowiły znaczną część mojego życia, ale za każdym razem ogarniała mnie niechęć i rezygnacja. Jednocześnie przez te wszystkie lata nienawidziłam coraz bardziej szkoły, w której straciłam pewność siebie, poczucie własnej wartości. Dziś je odzyskałam chociaż częściowo. Znalazłam inne pasje, ale każda próba ich realizacji była tłumiona przez moich rodziców oraz nauczycieli. Mam dość charakteru, by postawić się nauczycielowi, kiedy nie zgadzam się z jego zdaniem, ale nie dość charakteru, kiedy wszyscy naokoło krytykują mnie za wszelką próbę nieposłuszeństwa. System edukacji stworzył społeczeństwo, w którym każda iskra indywidualizmu lub inności jest krytykowana, a przede wszystkim wyśmiewana. W szkołach wmawia się, iż na bieżąco uczy się umiejętności kulturalnej dyskusji, kiedy ów „dyskusje” polegają na wzajemnej kłótni i wyśmiewaniu przeważnie jednej strony przez słuchaczy. Nie ma żadnego poszanowania do innego zdania, mam wręcz wrażenie, że ludzie tak już w to wrośli, że dobierają sobie przyjaciół jedynie pod względem wspólnych poglądów, a jeśli się z kimś nie zgadzają, automatycznie traktują go jak gorszego; a tyle się mówi o „równości” w społeczeństwie liberalnym.

    Rodzice ciągle odsyłali mnie do szkolnych podręczników, a ja coraz bardziej miałam ich dość. Spostrzegłam utratę mojej fascynacji poznania świata. Mając wszystkiego dość i nie mogąc się odnaleźć, zaczęłam w gimnazjum szukać sensu życia, jak to robi wielu i w ten sposób 2 lata temu nawróciłam się, obecnie jestem protestantką, z czym również miałam ogromne problemy, gdyż byłam w szkole katolickiej i kiedy odmówiłam bierzmowania, moi rodzice wpadli w szał, czując się upokorzeni na tle innych rodzin (co ich tak w tym upokorzyło? nie wiem, może stereotypowe myślenie pokonało ich samych). Dotąd, kiedy otwieram Biblię, słyszę co rusz za uszami, że nic nie osiągnę, bo marnuję czas na głupoty, zamiast czytać szkolne książki. Nie wiem, czemu ten przymus chodzi za mną wszędzie, ale z pewnością odkąd pamiętam, był mi wpajany nie tylko w szkole, ale szczególnie w domu jak mantra, zawsze z wizją bycia bezdomnym po ukończeniu ASP lub tym podobnej, wymarzonej wówczas uczelni. Narastał i ciągle tkwi we mnie bunt, chociaż czasami wydaje mi się to bezsensowne i wręcz żałosne.
    Prawda jest jednak taka, że nie czytając tego, czego po napisaniu klasówki nie użyję nigdy więcej w życiu, nie zostanę w tym wyścigu szczurów nikim wartościowym. Mam zupełnie odmienne zdanie o wielu rzeczach, które z pewnością jeszcze się ukształtuje. Całe życie rodzice marzyli, żeby zrobić ze mnie lekarza, aż w końcu sama nim zapragnęłam być, po długim czasie buntu. Nie chcę nim być jednakże w żadnym wypadku ze względy na nich, po prostu przypadkiem zdrowie i medycyna stały się moją pasją (tak, tą zastępczą), o których mogę czytać całymi dniami.
    Mogłabym napisać jeszcze wiele, ale pewnie i tak większość wyłączy się w połowie. ;) Dlatego dodam tylko, że ten artykuł wreszcie pomógł mi zrozumieć, co się działo ze mną przez te wszystkie lata oraz wreszcie zyskałam poczucie, że mój bunt był chociaż częściowo słuszny, a nie po prostu głupi.

    • Percival Ulster

      Przez czas liceum się dojrzewa.
      Nabiera charakteru i po prostu mądrości.
      Uwierz, nic nie jest stracone, a po tzw. przebudzeniu wystarcza 1-2 lat aby odbić się jeszcze dalej.
      Nie ustawaj.
      BTW. polecam Księgę Przysłów – Stary Testament.

  • przedsiębiorca

    Panie Michale,
    proszę o dodanie 14 punktu: piętnowanie pracy zespołowej!!! Natychmiast po wejściu na rynek pracy od praktycznie każdego oczekuje się UMIEJĘTNOŚCI PRACY ZESPOŁOWEJ! Nikt nie chce w zespole mieć osoby, która twierdzi, że sama zrobi wszystko. W szkole Ściąganie jest zabronione. Dlaczego nie stworzyć na klasówce zespołu, który szybko, efektywnie odpowie na pytanie z matmy czy gegry? To jest obecnie jedna z najważniejszych umiejętności szalenie docenianych w biznesie.

  • Bodzal

    Jestem w 3 klasie gimnazjum i moim zdaniem ten system szkolnictwa jest bez sensu.Co prawda , mamy dopiero końcówkę I semestru a obawiam się , że mogę nie zdać.Dobrze sobie radze ,np z techniką , historią strasznie interesuje mnie geografia , lecz za nic nie umiem muzyki.Co więcej musimy albo śpiewać różne utwory muzyczne oczywiście najpierw nauczyć się ich na pamięć , albo grać flecie co jest dla mnie kompletną paranoją.Moim zdaniem już lepiej abyśmy mieli tak zwaną plastykę.Mieliśmy ją rok temu.Każdy bez wyjątku miał co najmniej 4 na koniec.Nauczyciel widział kto rzeczywiście umiał malować, a kto radził sobie z tym gorzej i oceniał za wkład pracy.Niektórzy malowali naprawdę przeróżne kształty , rzeczy co moim zdaniem tylko rozwijało umysł.Jednakże teraz grozi mi 1 z muzyki , ponieważ jak się pomylę o co najmniej 1 dźwięk na flecie to muszę grać od nowa , co wywiera na mnie dodatkową presję , aż w końcu dostaję 1.Jeszcze podam jeden przykład mianowicie biologia.Mamy teraz dział o genetyce której nie rozumiem i nie czuje potrzeby , aby z tego się uczyć.Jednakże debilem nie jestem potrafię się tego wykuć na pamięć i dostać ,np. 3.Niestety przez to marnuje swój czas , który mógłbym wykorzystać na doszkalanie się z przedmiotów z których jestem naprawdę dobry i mi bardzo odpowiadają.Pozdrawiam

  • Gizmo

    „Według systemu najważniejsze przedmioty to te najbardziej użyteczne
    do funkcjonowania w obecnym społeczeństwie z perspektywy obecnej
    gospodarki (co oznacza, że jeśli lubisz malować, tańczyć lub śpiewać,
    będzie ci ciężko, jako dziecko będziesz niemal zmuszony, by zrezygnować
    z tego, co kochasz i do czego masz naturalny talent)”
    Plączesz się w zeznaniach. Innym razem pisałeś że nie ma czegoś takiego jak talent. Tak to jest jak się kopiuje bezmyślnie czyjeś teorie.

    Wiele przedmiotów – jak matematyka czy fizyka mogłaby być bardzo użyteczna jakby była właściwie nauczana.

    • Gizmo, wszystko jest kwestią tego jak rozumiemy pojęcie talentu. Nie uważam, aby ludzie rodzili się z talentem do konkretnego zawodu, np. tancerza (tak powszechnie jest rozumiany talent), ale mogą mieć ku temu pewne predyspozycje warunkowane genetycznie (giętkie ciało, itp.). Pisząc o talencie w tym artykule mam na myśli sytuację, w której a) dziecko ma do czegoś dobre predyspozycje, b) ma do tego pasję lub widać, że jest tematem zainteresowana i chce go zgłębiać z naturalną ciekawością i motywacją. Ćwicząc daną dziedzinę od małego, regularnie, może w sobie rozwinąć to, co powszechnie nazywane jest talentem (co wcale nie musiało być z nim od urodzenia).

  • Nannuky

    Czytając Pański artykuł, przychodzi mi na myśl pedagogika Marii Montessori. Czy przyjrzał się Pan temu kiedyś? Tak samo z systemem osobowości Enneagramu. Bardzo Pana proszę, by Pan to zrobił, bo to trzeba ruszyć i wykorzystać we właściwym celu. Pozdrawiam serdecznie!

  • Kongo

    Cóż, pewnie mój komentarz utknie w tej sporej liście, ale co mi tam.

    Otóż na początku się przedstawię – Kuba, 18 lat, chodzę do 3 klasy technikum teleinformatycznego. W szkole mam 12 przedmiotów (Nie licząc Religii i WF-u) co przekłada się na 36 godzin lekcyjnych (ogółem). Gdybym zostawił tylko te przedmioty, które są interesujące, na których mogę się czegoś nauczyć zostałoby mi 9 lekcji. z 36 lekcji naprawdę się uczę czegoś dobrego/przydatnego tylko na 9.
    9 lekcji mógłbym mieć rozłożone na 1/2 dni. Załóżmy, że 2 dni – poniedziałek i wtorek. Pozostałe dni (aż 5) mógłbym wykorzystać dużo lepiej – rozwój swoich pasji, wykonywanie zleceń lub chociażby na oglądaniu jak farba schnie. Nie mniej nie mogę z tym nic zrobić i muszę chodzić te 5 dni tygodniowo do szkoły. Nie mniej mam pewne powiedzenie – „Never waste your time”. W myśl tego, gdy idę do szkoły zawsze biorę sobie cokolwiek, co może wypełnić w pozytywny sposób czas – przeważnie jest to książka (czy to naukowa, czy lektura, czy nawet książka historyczna). Aktualnie najlepszych ocen nie mam (m. in. z tego powodu), lecz o to nie dbam – przyszedłem się czegoś nauczyć a nie zdobywać oceny. Oczywiście zdać trzeba i zawsze zdobywam pozytywną ocenę na koniec. Już tak na koniec tego komentarza naszły mnie 2 myśli:
    1. Jeśli wkuwanie na pamięć (a i nawet na zrozumienie) niepotrzebnych rzeczy, sprawi że będę je pamiętał i na podstawie tego jest wyrabiana opinia o tym czy jestem dobry/zły w czymś to trzeba zacząć od podstawowej rzeczy – zmiany myślenia.
    2. – „Dlaczego wciąż walczysz? Dlaczego po prostu się nie poddasz?”
    – „Bo powiedziałeś, że nie mogę.”

    Wiem, że chciałem poruszyć coś jeszcze, ale właśnie wyleciało mi to z głowy :/.
    Pamiętajcie, żeby spełniać swoje marzenia, nie oczekiwania.

  • Tomasz

    Bardzo dobry, mam 22 lata więc niedawno skończyłem szkoły obowiązkowe. Obecnie studiuję, ale nie o tym. Wiem dobrze co znaczy przypięta łatka przez nauczyciela. Kiedy w podstawówce interesowałem się literaturą historyczną, każda moja prezentacja wybranej książki to był pozycje na 200-500 stron. Pewny i przygotowany stawałem do prezentacji opowiadając o treści zawartej w książce.
    Za każdym razem kończąc z najniższą oceną prowadzącą mnie do promocji. „Dlaczego tak słabo ? Inne dzieci czytają książki po 50 stron i na siłę pytane o treść się w połowie gubiąc się” Trauma na całe życie. Poprosiłem o zadanie pytania na spotkaniu z nauczycielami. Odpowiedz była strasznie dla mnie przykra.
    „Ponieważ Tomasz przedstawia lektury bardzo rozległe i nie mam pewności czy faktycznie opanował ich treść” Wtedy skończyła się moja przygoda z literaturą i wybrałem ścisły kierunek.

  • Chomik

    Również na studiach tak jest. Na trzecim roku czuję się (to nieodparte wrażenie trwa od początku i pogłębia się), jakbym cofnęła się do liceum. Jestem szufladkowana jako ,,leń” i ,,nierób”, bo nienawidzę uczyć się na akord dla ocen, co skutkuje trójami, w porywach czwórami. Z tej prymitywnej ambicji bycia prymusem na szczęście udało mi się wyleczyć w szkole średniej, bo mocno skrzywiła moją psychikę i wprowadziła w ogromne kompleksy.
    Chemica w LO kiedyś mi po wiedziałą, bym nie pisała matury z chemii, bo się do tego absolutnie nie nadaję. I co? Wkrótce kończę pierwszy stopień i planuję jeszcze w tym roku rozpocząć studia magisterskie. ;)

  • Marta

    Zgadzam się z podanymi w artykule błędami systemu edukacji. Przeczytałam również wszystkie komentarze. Z nimi również się zgadzam.

    Ale przez to czuje się źle…

    Nie dlatego, że krytykuje system edukacji.
    Dlatego, że po przeczytaniu tych wszystkich słów wygenerowałam pewną ilość energii, adrenaliny…które przeradzają się w złość, irytację, żal.. Wszystkie te uczucia mają wydźwięk pejoratywny…Nic nie zmieniają…nie wnoszą..

    Zacznijmy od siebie…

    Czy zamiast próbować od razu przesunąć całą górę nie lepiej zacząć przenosić ją po kamyczku?
    Każdy z nas może wziąć jeden i wtedy się uda…

    Nauczyciele powinni podnieść kamyczek zwany pasją, zaangażowaniem.

    Rodzice niech wezmą kamyki odpowiedzialności.

    Dyrektorzy szkół powinni przenieść głaz zwany innowacyjność.

    Wszystkich urzędników związanych z edukacją proszę żeby wzięli biały kamyk i napisali na nim ” nauczę się efektywnie SŁUCHAĆ moim OTWARTYM UMYSŁEM”.

    Dzieciom wystarczy mały kamyczek zwany „chcę!!!:)”
    Pomóżmy im go znaleźć a przesuną górę razem z nami.
    Ja pomagam:) Staram się:)

    Tą górą, którą możemy razem przesunąć jest system.
    Pamiętajcie, że każdą ulewę rozpoczyna jedna kropla deszczu.

    Oprócz tego, każdy z nas powinien pozwalać dzieciom na popełnianie swoich własnych błędów, motywując jednocześnie do ich poprawy oraz wyciągania z nich własnych wniosków.

    To nie grzech popełnić błąd. Grzech to powtórzyć ten sam błąd dwa razy!!!

  • mamrotynka

    Za poczucie własnej wartości odpowiedzialna jest nie tylko szkoła, ale również rodzina, rówieśnicy, inne grupy społeczne, a przede wszystkim – my sami. Jeśli ktoś opiera swoje zadowolenie z życia na jednym obszarze, niezależnie od tego, jaki to obszar, zawsze ryzykuje.
    Wystarczy nie podlegać presji i własne dzieci wychowywać na szczęśliwych ludzi. Szczęśliwych niezależnie od ocen w szkole, zarobków czy talentów – tak po prostu cieszących się życiem i szukających pozytywów.
    I nie rozdrapywać, nie narzekać, postawić na komunikację pozytywną. Głównym celem szkoły nigdy nie było uczenie, tylko proces socjalizacji, wychowanie na odpowiedni puzel pasujący do społeczeństwa. Sama świadomość pomaga temu zapobiegać ;)

  • Piotr

    Zgadzam się z tym tekstem w 100%. Sam mam 17 lat i uczęszczam do jednego z lepszych LO w moim regionie i z przykrościom stwierdzam że mechanizmy pojawiające się w tekście dalej są praktykowane w szkołach. Oczywiście nie wszystkie, ale większość tak np. co do nudnego nauczania, braku pozytywnej energii u nauczycieli oraz jakiegokolwiek zaangażowania. Zdarzają się nauczyciele którzy mają pasję i ochotę ale można ich policzyć zaledwie na palcach jednej ręki. Co do nauki, to jest jednym słowem „masakra”. Wielu nauczycieli leje wodę na lekcji albo każe robić jakieś prezentacje, resztę tematu każe przerobić w domu, co nie dość, że nie wywiązuje się ze swojego obowiązku to jeszcze dokładam nam dodatkową zawartość i można powiedzieć że marnuje czas na odpoczynek albo na inny przedmiot. Przeładowanie jest to idealne słowo do podsumowania aktualnego systemu nauczania. Duże wymagania, zero chęci ze strony nauczycieli. Wziąć, przeczytać, napisać, zapomnieć. Dobra ocena jest, jest czyli wszystko w porządku co z tego że po 3 tygodniach nikt nie będzie tego pamiętać. Odwołując się do pkt. 13 tego artykułu muszę jednak wstawić się za szkołą gdyż takie rzeczy jak: przedsiębiorczość lub inteligencja finansowa są wprowadzane jako nowe przedmioty do szkoły, co lepsze, są bardzo fajnie organizowane. Także trzeba przyznać że robią coś w tym kierunku jednak bardzo powoli.

  • Hideki

    W wielu miejscach nie mogę się zgodzić z autorem tekstu. Postaram się ustosunkować do każdego punktu, z którym przynajmniej częściowo się nie zgadzam.

    Ad. 1.
    Autor wychodzi z założenia, że ocenianie uczniów polega na dawaniu nagrody lub na karaniu. Tymczasem to jest nic innego, jak ocenianie. Piątka, czwórka czy jedynka nie są nagrodami bądź karami, lecz określeniem, udokumentowaniem poziomu wiedzy lub posiadanych zdolności, kompetencji. Mam wrażenie, że zdaniem autora udzielenie złej odpowiedzi, popełnienie błędu jest czymś pozytywnym. W sensie poznawczym może i tak, ale w sensie edukacyjnym już niekoniecznie. Zauważmy, że nie licząc przedmiotów manualnych oceniany jest przede wszystkim stopień opanowania materiału, czyli na ile uczeń zapamiętał, zrozumiał dane zagadnienie, ile pracy w to włożył. Nie ma tu mowy o zastraszaniu dzieci czy zniechęcaniu do eksperymentowania. Nie jest eksperymentem podanie błędnej odpowiedzi na pytanie dotyczące tematu poprzedniej lekcji.

    Ad. 2.
    „To założenie również jest głęboko zakorzenione w systemie edukacji
    i posłuszeństwo wobec tego schematu jest wymagane na każdym kroku
    ścieżki edukacji dziecka”. Cóż, za czasów mojej edukacji (mam dopiero 30 lat) to zależało tylko i wyłącznie od nauczyciela. Trafiałem na takich, którzy uczyli myślenia, wyrażania własnych myśli i bronienia własnego zdania, a byli też tacy, którzy wymagali zakuwania szablonów i karali wręcz za wychylanie się poza schemat. Co się zaś tyczy matury i kluczy odpowiedzi, to autor powinien wiedzieć, że ten sposób zabijania kreatywności funkcjonuje dopiero od jakichś 10 lat, więc trudno się zgodzić ze stwierdzeniem, jakoby miało to być „głęboko zakorzenione w systemie edukacji”.

    Ad. 3.
    „Dzieci wiedzą, że każda zła odpowiedź zostanie skrytykowana przez nauczyciela, a więc nie warto ryzykować.” – kolejne uogólnienie, do którego mam kontrargumenty z mojego doświadczenia. Większość moich nauczycieli nie krytykowała za błędne odpowiedzi. Każdorazowo było to zależne od nauczyciela – jedni zachęcali do aktywności, a inni zabijali wręcz inicjatywę uczniów.

    Ad. 4.
    Dziecko powinno być przede wszystkim nauczone myślenia w domu. Jeśli dziecko umie myśleć, to nie będzie bezkrytycznie przyjmować słów nauczyciela. Znam przykłady uczniów uważanych przez nauczycieli za beztalencia w danej dziedzinie, którzy w tej właśnie dziedzinie osiągali sukcesy w trakcie edukacji (np. nagrody w różnych konkursach). Czyli jednak się da.

    Ad. 5.
    Ciężka praca oczywiście może przynieść bardzo dobre opanowanie pewnej dziedziny, ale talent polega właśnie na tym, że jednym przychodzi to szybciej i łatwiej, a innym wolniej i trudniej. Nauczyciele pomagają rozpoznać predyspozycje uczniów, ale nie wyobrażam sobie, by pedagog mógł powiedzieć uczniowi zacytowane słowa.

    Ad. 6.
    I znów chyba chodziłem do jakiejś magicznej szkoły, w której zachęcano sportowców do rozwijania zdolności fizycznych, plastyków do malarstwa, a muzyków do grania na instrumentach.

    Ad.7.
    Jak wyżej – w mojej szkole nie było problemów w tym, by dobry humanista był również dobry w przedmiotach ścisłych. Nie były rzadkością osoby biorące udział w konkursach z wielu różnych przedmiotów.

    Ad. 8.
    Tu prosiłbym o rozwinięcie myśli, bo nie do końca mam pewność, czy dobrze rozumiem autora.

    Ad. 9., 11.
    Załóżmy, że autor ma rację i uczniowie faktycznie powinni mieć w programie dużo mniej wiedzy do wchłonięcia. Patrząc na obecną tendencję rokrocznego obniżania ilości materiału można wywnioskować, że lada chwila zostaną pozamykane uczelnie wyższe. Czemu? Ponieważ w tej chwili kandydaci na studia wyższe nie posiadają wiedzy wymaganej do zrozumienia zagadnień akademickich. Studenci studiów inżynierskich obecnie dopiero na uczelni spotykają się z pochodnymi i z całkami. Ja je miałem w liceum. Wielu studentów ma obecnie problem z podstawowymi działaniami arytmetycznymi, a to już nie program szkoły średniej, lecz podstawowej.

    Ad. 10.

    Za moich czasów było dopuszczalne, by dziecko o wyższym poziomie rozwoju poszło wcześniej do szkoły (lub przeskoczyło klasę), a dziecko opóźnione odwrotnie. Czy coś się zmieniło przez ostatnie 10 lat w tej materii?

    Autor używa stwierdzeń „większość nauczycieli”, „70% wiedzy”, ale nie podpiera tego żadnymi źródłami. Chętnie bym się z nimi zapoznał.

    Problem z polskim systemem kształcenia jest – z tym się chyba każdy (oprócz kolejnych koalicji rządzących) zgodzi. Jednak diagnoza postawiona przez autora wymaga głębszego zastanowienia. To, w jaki sposób nasze dzieci przejdą przez etap edukacji, nie zależy wyłącznie od systemu kształcenia, szkół, nauczycieli. Jesteśmy jeszcze my – rodzice. To my mamy największy wpływ na to, w jakim kierunku i w jakim zakresie rozwinie się nasze dziecko. Zrzucenie winy na szkołę za nasze niepowodzenia jest bardzo łatwe, tylko czy aby na pewno sami nie mamy sobie nic do zarzucenia?

  • adam

    Ciekawe podpowiedzi co jeszcze można w polskiej szkole zrobić, aby ją totalnie rozwalić…

  • tralala

    W większości się zgadzam z tym, co tu jest napisane, ale jednak nie do końca. Po pierwsze nigdy się nie spotkałam, aby któryś uczeń był gorszy według nauczycieli, bo ma gorsze oceny. Cześto w takich sytuacjach nauczyciele wypytują, co jest tego powodem i nie patrzą na takiego ucznia z góry. Dodatkowo uczniowie nawet w późniejszym wieku są aktywni na lekcjach, ponieważ błedna odpowiedź ie jest krytykuwoana, wtedy zaczyna się dyskusja. Kolejną rzeczą jest to, że w szkole jest takie przedmiow jak przedsiębiorczość, co prawda dopiero w szkole średniej, ale jest. Osoboiścieuważa, że albo powinno się zmniejszyć zakres, materiału, albo zwiększyć długość chodzenia do szkoły, aby spokojnie, bezstresowo przyswoić wiedzę, bez nadmiaru klasówek i kartówek.

  • Jery

    Możliwe, że mylę się, ale aby samemu wejść na drogę rozwoju muszę pozyskać jakieś podstawy. Zgadzam się co do tego że obecny system kaleczy dzieci. Uważam jednak, że tak jak muzyk zacznie swoje utwory komponować to naśladuje myśl muzyczną innych, tak warto zdobyć na początek jakieś podstawy aby móc tworzyć własne poglądy. Natomiast dziś wszyscy mają rację, a niedouczeni, wiedza marna uczyć się historii, poglądów, teorii nie, to ja jestem najważniejszy i ja wam sprzedam receptę. Nauczyciel ma towarzyszyć w drodze na której uczeń sam dochodzi do wiedzy. Jeszcze gdy w klasie ma cały zestaw tych, którzy mają to gdzieś, albo są nadpobudliwi, albo z dysfunkcjami. Pytam do czego to dziś tych chcących się czegoś nauczyć prowadzi? Jaki powinien być ten system nauki?

  • barbara

    Panie Michale myslę , że ten artykuł powinien zostać wysłany przez pana do MEN( po jego przeczytaniu sama miałam ogromną ochotę to zrobić ) – tak żeby każdy decydent musial się z nim obowiązkowo zapoznać, a jeśli ktokolwiek miałby wątpliwości – zawsze można przeprowadzić odpowiednie badania. Wszystko o czym pan pisze jest prawdą. Przepracowałam w Oświacie 20 lat, więc wiem to z doświadczenia i codziennej praktyki. Wiem również, że zmiany jakie wciąż „po cichu” odbywaja się w edukacji idą w kierunku całkowicie odwrotnym, niż to jest potrzebne z punktu rozwoju dzieci i młodzieży. Może warto. Pozdrawiam.

  • ewa

    Nie dalej niż wczoraj,mój 6 letni pierwszaczek otrzymał 3 ze sprawdzianu,ponieważ Pani przyznała mu 0 pkt. za jedno z zadań,w ktòrym sprawdzała myślenie przyczynowo skutkowe.Chodziło o ponumerowanie w odpowiedniej kolejności kròtkiej historyjki treściowej: ptaki uczą pisklęta latać, jest już wiosna,ptaki wysiadują jaja, ptaki budują gniazda.Mòj synek uznał następującą kolejność: ptaki budują gniazda, ptaki wysiadują jaja, ptaki uczą pisklęta latać, jest już wiosna.Moim zdaniem wszystko się zgadza, jest
    sekwencja zdarzeń,dlatego pozwoliłam sobie zwròcić Pani delikatnie uwagę, że może nie 0 pkt, ale chociaż trzy z czterech możliwych?Pani zbulwersowana obraziła się,stwierdziła, że syn nie potrafi logicznie myśleć, bo pierwsze zdanie powinno być:jest już wiosna.i basta!!nie zgadzały się numerki w schemacie zadania więc dlatego0pkt,a ja jestem arogancka, bo odważyłam się mieć swoje zdanie. Brak słòw.Artykuł niezwykle trafny, gratuluje

    • _pawel

      Nauczyciele sami są sobie winni że tracą autorytet.
      Ja w takim przypadku bym przy dziecku „poprawił ocena” na kartce ze sprawdzianu z 3 na 5 i powiedział dziecku że „nauczyciel to debil”.

  • Alfa

    Trafne spostrzeżenia ale zabrakło tu wykorzystywania przez nauczycieli swojej pozycji zawodowej. Brak uczciwości, sprawiedliwości a przede wszystkim stosuje się metody niewychowawcze. Bo jak nazwać sytuację kiedy na dzień przed Radą Pedagogiczną zmienia się ocenę, która decyduje, że stypendium Prezesa Rady Ministrów otrzymuje zawsze ten sam uczeń w szkole. Nikt nie ma szans wykazać się pracowitością i swoją wiedzą jeśli brak podstawowych zasad przyzwoitości. Czy wystawienie oceny wyższej w ostatnim prawie dniu, bez wiedzy klasy, bez informowania pozostałych uczniów o zmianie oceny, bez wpisu w dzienniku ( wpisano zmianę tylko w dzienniku elektronicznym aby było szybciej „załatwione” choć dziennik elektroniczny jest w fazie testów i nie jest jeszcze zatwierdzony) jest w porządku? Tak postępuje nauczyciel – wychowawca młodego pokolenia?

  • Mariusz Woźnica

    Zgadam się w 100 % w powyższym tekstem. Mam 24 lata ukończyłem studia z tytułem licencjata i mam szereg problemów z przeszłości z którymi mierzę się do dziś. Mianowicie :
    -pewność siebie, kiedy ktoś podważa Moje zdanie. Obecnie w pracy często mam do czynienia z mobbingiem i podważaniem moich kompetencji – serio chodzi w tym wszystkim o wyścig szczurów ?
    W szkole gimnazjalnej/licealnej bywały sytuacje w dyskusji, kiedy chciałem wyrazić swoją opinię pochlebną bądź nie spotykała mnie negacja z strony nauczycieli, bez merytorycznego uzasadnienia, a w tym obniżona ocena z zachowania za aroganckie próby dalszej dyskusji. Potocznie pyskówki.
    Elegancko dziecko, które nie zadaje głupich pytań jest grzeczne.
    -Poczucie braku odpowiedzialności
    Piękne zagadnienie. W szkole, nigdy nie startowałem na przewodniczącego klasy/grupy – Nie wiele osób chciało pełnić ten obowiązek, ze względu na odpowiedzialność przed wychowawcą, a ta w razie jakichkolwiek nie powodzeń przyjmowała postać nagany.
    – Zasada ” 3Z ” zakuj, zdaj, zapomnij.
    Wg tego zdawało się z klasy do klasy bez większych sukceów, beznamiętnie.
    Szło tak przeciętnie średnia 4.0 – Nie zdarzał się czerwony pasek na świadectwie. W pracy ten sam schemat przeciętna praca, życie awans z biurka na biurko.

    Reasumując dopiero kilka sesji coachingu pozwoliło mi zrozumieć, że mogę zacząć „Od nowa” świeży umysł, nowe miejsca, nowe wyzwania.
    Wyjechałem daleko od stolicy. Poznaje nowych ludzi- Spędzam czas i zarabiam tak jak chcę. :)
    ps. Nie tylko system szkolny musi się zmienić, ludzie też ! :)

  • Stelka

    Punkt 3. Szkolny system oceniania wiedzy i zachowania
    Zaangażowanie i aktywność na lekcjach w młodszych klasach jest głównie podyktowane temperamentem i odwagą dziecka (i mają na to wpływ różne czynniki). Teraz, dzieci, zwłaszcza w starszych klasach (dla mnie dzieci to są do końca liceum), nie zgłaszają się, bo to jest „pszypał”. Bo teraz, nie umieć, to odwaga i wzbudza to podziw w rówieśnikach. Bo teraz, nie być zaangażowanym i „mieć wyjebane” jest cool. Tudzież jest propagowany „tumiwisizm” lub „dlaczego ma mi zależeć, jak im nie zależy?” (im: rodzicom, nauczycielom etc. ) A to się prowadza to następnego punktu, czyli:

    Punkt 4. Schemat “Musisz być posłuszny autorytetom” – dla dzieci (powtarzam, dla mnie dziecko psychicznie to minimum do 18 roku życia, czyli do osiągnięcia pełnoletności) autorytetem nie są rodzice, dziadkowie, nauczyciele, czy też osoby które pracą swych rąk i głowy coś osiągnęły). Większość z nich autorytet widzi w znajomych lub gwiazdkach muzycznych czy aktorskich. Generalizuję, oczywiście, bo jest wielu młodych ludzi, którzy z korzyścią dla siebie ulokowali swoje autorytety w odpowiednich wzorcach (bo po to są autorytety – by się od nich uczyć: wiedzy, umiejętności, nawyków, zachowania etc.). Dla dzieci nauczyciele nie są autorytetami, co powoduje, że dzieci się ich nie słuchają (natomiast boją się ostrych nauczycieli lub olewają miękkich). Dlaczego dzieci nie widzą w nauczycielach autorytetów? Bo ten zawód jest szykanowany przez władze i media, przez co rodzice zaczęli mówić źle o nauczycielach przy dzieciach. Kiedyś (czyli gdy ja byłam dzieckiem) rodzice między sobą mówili że coś im się nie podoba, do mnie mówili, że mam słuchać nauczyciela. Teraz rodzice nie przebierają w słowach gdy mówią o nauczycielach PRZY dziecku (znam nauczyciela który się od dzieci wiek 10-12 dowiedział wielu rzeczy, bo dzieci takie szczere są..). Teraz, dzieciaki są dumne że dostały jedynkę niż piątkę (bo może rodzice się zainteresują, może nauczyciel dostanie ochrzan, bo jestem cool, bo przyjąłem na klatę złą ocenę).

    Punkt 9. Przeładowanie dzieci ilością wiedzy

    Bzdura. Porównajcie podręcznik np do przyrody lub do matematyki sprzed 15 lat a teraz (ba sprzed 5 lat). Czy naprawdę uważacie, ze jest to przeładowanie wiedzą? Niezapowiedziane sprawdziany? Sprawdzian jest przez nauczyciela zapowiedziany i obejmuje większą partię materiału, najczęściej dział. Kartkówki? To motywatory – zresztą większość nauczycieli je zapowiada, bo chce by dzieci miały lepsze niż gorsze oceny. Nauczyciele są obwarowani wieloma zasadami i regulaminami, a wszystkie są po to by dzieciom było łatwiej. Czy uważacie że przyniesienie podręcznika i ćwiczeniówki z odrobionym zadaniem to nadwyrężenie dla dziecka (powiecie ciężki tornister – ale dzieci w większości przypadków są dowożone przez rodziców pod samą szkołę, przeważnie to rodzice z i od szkoły noszą dzieciom tornistry, i coraz częściej dzieci mają tornister na kółkach – a problemy z kręgosłupem to nie jest także wynik siedzenia przed komputerem i brakiem ruchu)? Teraz nie ma spadochroniarzy, przepuszcza się takie dzieci do następnej klasy, bo tego chcą rodzice.

    Piszesz, że nie szykanujesz nauczycieli – a niemal w każdym pkt odnosisz się ze nie jest wina nauczycieli, ze ich nikt nie nauczył. Nauczyciele po prostu nie mają czasu, siły ani motywacji na to by uczyć efektywnie. Klasy pełne dzieci nie przypominają klasy tylko bandę rozwydrzonych bachorów. Nauczyciel ma mnóstwo papierów do wypełnienia. Zabiera pracę do domu. Żeby się kształcić musi wydać swoje pieniądze. By mieć coś ciekawego do pokazania też kupuje za swoje pieniądze. Chyba że ma mądrego dyrektora, to wtedy ma trochę łatwiej. Nauczyciel to urzędnik państwowy, który dostaje chujową kasę za uczenie cudzych dzieci bezużytecznych rzeczy, bo „taki jest program”. Jak ktoś jest nieszablonowy, to zginie w tym skostniałym systemie.

    Wszystko sprowadza się do tego, że my, Polacy pozwoliliśmy nieodpowiednim ludziom wejść do rządu. To jest nasza wina, że mamy taki beznadziejny system edukacji. To jest nasza wina, że dzieci są roszczeniowe i nie chcą się uczyć. To jest nasza wina, że nauczyciele są pogardzanym zawodem. To jest nasza wina, że rodzice szkalują na nauczycieli do dzieci. Zwalamy winę na innych, nie widząc w sobie problemu – i to nie tylko w tym dziale życia, ale i w innych.

    Powtórzę – generalizuję, uogólniam – ale w Twoim tekście też generalizujesz. Nie przeczę, są pkt którymi trafiasz w sedno (bezużyteczna wiedza, dzieci są w klasach po wieku, a nie po dojrzałości emocjonalnej, społecznej, poznawczej), podziały na humanistę i ścisłowca (osobiście się wymknęłam temu stereotypowi).

    Najcudowniejszym darem jaki my Polacy moglibyśmy dać naszym przyszłym dzieciom i wnukom jest pozwolenie na realizowanie marzeń i planów nie tylko poza szkołą, ale i w niej. Tak dostosowany program, by każdy swój talent lub pasję rozwinął, by umiał policzyć PIT, dogadał się z żoną/mężem/dzieckiem, świadomie dokonywał wyborów, cieszył się życiem. By nie było podziałów na rasę, orientację, zamożność, posiadanie lub nie posiadanie rodzica/ów. By każdy miał szansę – a to czy ją wykorzysta zależałoby od niego/niej. Utopia?

  • Pudelkowa

    Co do grupy rówieśniczej to wystarczy, iż dziecko ma rodzeństwo i już w rodzinie są młodsze i starsze dzieciaki, pomijając oczywiście rzadkie sytuacje dzieci z mnogich ciąż, a bliźniaki niejednokrotnie mają starsze lub młodsze rodzeństwo. Jak ktoś decyduje się na jedynaka, to jego problem.

  • ja

    Co do 12 zgoda, ale ocenianie wszystkich jedną miarą jest ze wszech stron uczciwe i potrzebne. Ktoś kto jest słaby z matematyki powinien na świadectwie mieć niską ocenę i wiedzieć, że z tej dziedziny jest słaby. Powinien spełnić jakieś minimum i zająć się tym co mu dobrze idzie. Rodzice też powinni wiedzieć w jakich dziedzinach dziecko lepiej sobie radzi, a w jakich nie. Jak ktoś jest świetnym sportowcem, albo filologiem to ma dostać za to 5 z matematyki bez znajomości mnożenia i dzielenia? Kształcenie powinno być w różnych kierunkach, dla różnych osób z różnymi pasjami, na różne sposoby i różnych rzeczy, ale już mierzenie wyników powinno być jednakowe dla wszystkich.

    • Madix

      No nie zgadzam się nijak. Sęk w tym, że oceny w szkole na ogół niezbyt dobrze odzwierciedlają realny poziom wiedzy ucznia, a już w ogóle nie nadają się do oceniania predyspozycji, czyli do tego, w czym ktoś jest „słaby”, a w czym „mocny”… Właśnie na tym polega problem, że dzieciaki w to wierzą: „Jestem słaby z matmy (mam słabe oceny) to po co się uczyć?? Programisty i tak ze mnie nie będzie…” a to nieprawda. Ok, mały procent przypadków być może faktycznie nie będzie w stanie ogarnąć danych zagadnień mimo ciężkiej pracy, ale cała reszta – zazwyczaj albo uczy się za mało, albo za mało efektywnie, bez serca i zrozumienia, i dlatego kiepsko im idzie – a nie dlatego, że nie mają zdolności!

      W dodatku wyniki ciężko mierzyć o tyle, że każdy ma inne tempo nauki – ja w liceum bardzo dobrze opanowywałam dane zagadnienie dopiero po tym, jak już był z niego sprawdzian – na sprawdzianach miałam słabe wyniki, ale potem nadrabiałam zaległości i douczałam się rzeczy, które na sprawdzianie napisałam źle, ale w ocenach nie było żadnej różnicy między mną a osobą, która po zaliczeniu sprawdzianu położyła lachę na uzupełnienie luk.

      Nie wolno też zapominać, że oprócz nauki dzieciaki mają czasem na głowie solidne stresy związane z relacjami w grupie czy też z okresem dojrzewania – te problemy lubią przekładać się na wyniki w nauce, a przecież w dorosłym życiu nasze dołki emocjonalne nie upośledzają możliwości intelektualnych ale już w szkole – jak najbardziej jedno z drugim się wiąże, bo słabsze oceny wynikają głównie ze zmniejszenia motywacji do nauki lub rozkojarzenia / stresu, z którym dzieciaki w wieku nastoletnim jeszcze nie potrafią tak dobrze sobie radzić, jak ludzie dorośli.

  • Regina Jakubczak

    Odgórnie i od zaraz, bez nakładów finansowych można zacząć zmieniać obecny system. Do tego potrzebna jest decyzja oparta na świadomości celów.
    Jeśli celem działania szkoły będzie szczęśliwy, pewny siebie, życzliwy, komunikatywny i samodzielnie myślący absolwent, to pierwszym krokiem do zmiany winno być zrezygnowanie z ocen.
    Pracę nauczyciela będziemy oceniać mierząc jakość nastawienia do życia uczniów w danej klasie.

  • Maciej Jonek

    Nasz system edukacji produkuje zaskakującą ilość absolwentów, którzy zaspakajają się emocjami płynącymi z diagnozy.

  • Aneta Brzóska

    A mój syn – uczeń 2 klasy SP, który ma problem z pisaniem, ale jest dobry z matematyki, miał ostatnio obniżona ocenę z matematyki za błąd ortograficzny! Wszystkie obliczenia i zadania miał dobrze i tylko w odpowiedzi popełnił błąd ortograficzny. No ręce opadają.

    • wdqs

      oczywiscie nie poszłaś na skargę ;)

  • Ken Robinson ma ciekawy wykład w tej sprawie. Polecam poszukać w Internecie. Szczególnie ważny aspekt to brak możliwości popełniania błędów. Przecież Edison nie od razu wynalazł żarówkę.

  • Klaudia D.

    Cieszę się, że został poruszony problem tworzenia klas w określonym wieku. Nie dość, że jako ludzie nie uczymy się w tym samym tempie, to jeszcze tkwimy przez kilka lat z określoną grupą ludzi i przestajemy uczyć się nawiązywania kontaktów społecznych.

  • Nauczyciel

    Panie Michale bez obrazy ale chyba sam Pan ma „ograniczone myślenie” jeśli tak Pan pisze o nauczycielach. Jestem nauczycielem i czuję się OBRAŻONA tym tekstem!!!! Pisze Pan na początku, że krytykuje Pan system, a nie nauczycieli. W każdym punkcie natomiast przywołuje Pan wypowiedzi nauczycieli, którzy podobno oceniają dzieci w stylu „Jesteś leniem, łobuzem, nie masz talentu…..” Pracuje już kilka długich lat, w trzeciej z rzędu szkole i sama nigdy tak nie powiedziałam do dziecka ani nie słyszałam, żeby jakiś nauczyciel tak powiedział. W przeciwieństwie do Pana jesteśmy kompetentni, znamy się trochę na psychologii i głupot pod publiczkę nie mówimy To Rodzice tak mówią do dzieci, a nie Nauczyciele. Druga rzecz -Nauczyciele nie pozwalają na błędy?????
    Skąd te prawdy Pan wytrzasnął. W ile szkołach był? Na ilu lekcjach? Z iloma nauczycielami Pan rozmawiał?????? Powinien Pan się wstydzić!!! Typowy Polak tylko narzekać potrafi. Polskie szkoły bardzo się zmieniły od czasów kiedy Pan się w nich uczył i proszę to wziąć pod uwagę.

    • Madix

      To świetnie, że jest Pani dobrą nauczycielką, ale proszę mieć baczenie na to, że nauczyciele są różni. To zupełnie jak z lekarzami – z założenia powinni mieć odpowiednią wiedzę i pomagać ludziom, ale mimo tego jednak wcale nietrudno o konowała, który zamiast pomagać – robi krzywdę swoją ignorancją. Podobnie z nauczycielami – co z tego, że mają formalnie wiedzę z zakresu psychologii, skoro nie potrafią jej użyć, a swoje stanowisko wykorzystują do zaspokojenia swojej nadmiernej potrzeby kontroli? Oczywiście nie wszyscy nauczyciele tacy są, ale wystarczy 1 na 100 nauczyciel z problemami emocjonalnymi, który wyżywa swoje frustracje na uczniach, by zrobić krzywdę ogromnej rzeszy młodych umysłów.

      Te oskarżenia niestety nie wzięły się znikąd i większość uczniów doznała w swoim życiu upokorzenia od jakiegoś z nauczycieli – mnie np. gnębiła matematyczka, która potrafiła np. skomentować mój strój jako żałosny albo powiedzieć, że mam ładny makijaż, ale zamiast malować się powinnam więcej czasu poświęcić nauce… I co mi po tym, że Pani osobiście nie była świadkiem nagannych zachowań nauczycieli i wg Pani nauczyciele znają się na psychologii, jak trauma wywołana tak niekompetentnym zachowaniem nauczyciela we mnie jednak została, być może na zawsze? A nie jestem jedyna – takich uczniów jak ja w kraju są tysiące. A właściwie to ciężko o ucznia, który NIE posiadałby złych doświadczeń z nauczycielami (przez większość mojej edukacji miałam bardzo fajną kadrę, ale ten jeden kwiatek – jedna nauczycielka – wystarczyła, by zachwiać porządnie moją psychiką, szczególnie, że gnębienie trwało lata).

  • Puma

    Widze, ze komentarze sa tutaj dosc stare, ale zaciekawil mnie temat dyskusji, bo jest w dalszym ciagu aktualna. Osobiscie niespecjalnie mam powod, aby szkoly nie lubic, ale i tak ten system mi nie odpowiada, zwlaszcza jesli mialabym w nim pracowac. Mogloby byc o wiele lepiej. Odpowiedzialnosc nauczyciela jest ogromna, klasy sa liczne, dzieci maja kiepskie umiejetnosci spoleczne wyniesione z domu. Srodowisko szkolne jest szare, bez wyrazu i okrasy, jest ogromna ilosc pracy papierkowej, a nauczanie jest jakby mniej wazne od funkcjonowania szkoly jako organizacji. Dzieje sie tak z powodu, miedzy innymi kosztow, jakie musialoby poniesc panstwo dla poprawy tej sytuacji. Raczej podziwiam nauczycieli, ktorzy chca pracowac w takim srodowisku. Trzeba miec niebywala sile psychiczna, odpornosc na stresy, zeby ze spokojem znosic brak postepow uczniow, brak dyscypliny, zaniedbania wychowawcze rodzicow i inne podobne trudnosci, oraz miec sile do ciaglego ich motywania. Jesli chodzi o teorie, to jest mnostwo cennych badan i pozycji ksiazkowych z dziedziny psychologii i metodyki, jak nauczac, jakie sa etapy rozwojowe dzieci itp. Nie dochodzi do ich zastosowania w praktyce…..Jak juz mowilam, jednym z powodow sa pieniadze, innym – moim zdaniem, demokratyzacja spoleczenstwa. Dlaczego demokratyzacja? A to dlatego, ze klasy spoleczne, ktore dawniej nie mialy zadnych tradycji, aby sie uczyc, poszly do szkoly i obnizyly jej poziom. Potrzeba czasu, aby dokonala sie zmiana menalnosci. Oczywiscie uzycie ciekawszych metod, szacunek
    i cierpliiiiiiiiiiiiwosc do uczniow moga wiele pomoc. W mojej szkole caly program wf-fu byl przerobiony, dzieki temu stwierdzilam, ze mam pewne zdolnosci, na pracach recznych, jak to sie kiedys nazywalo, nauczylam sie szyc, robic na drutach, gotowac, oraz sluchalam madrych opowiesci o zyciu mojej nauczycielki, matematyczka zas zaciagnela mnie na kolko matematyczne, gdzie okazalo sie ze moze to byc fajna dziedzina wiedzy, na plastyce zobaczylam odlotowe mieszkanie mojej nauczycielki, co stalo sie poczatkiem myslenia przestrzennego, itd. Tak, nauka i szkola musza byc ciekawe, bo potrafia wtedy uaktywnic potencjal tkwiacy w mlodym czlowieku, ale nie zapominajmy o wplywie srodowiska rodzinnego i szerszego krajowego. Ludzie interesuja sie szkola, kiedy maja dzieci w wieku szkolnym, zas inni troche lekcewaza zawod nauczyciela i edukacje. Jako niedostatek szkoly dodalabym jeszcze niewielki nacisk na nauke kompetencji spolecznych, ktore w naszym kraju nie sa na najwyzszym poziomie….

  • Dawid

    Mam 11 lat i moja mama dalej bedzie myślała ze szkoła to dobro ze kreatywnosc jest nie potrzebna itd itd. Po prostu bede ignorować wszystko co głupie w szkole bo nie chce byc botem polskiego systemu edukacji!!!

  • AC

    Dziękuję bardzo ! No nareszcie ! :) Zgadzam się w 1000% z tym tekstem. Moje doświadczenia z czasów szkolnych potwierdzają ten tekst w każdym z jego punktów. Jestem tym wyjątkiem, który ze względu na swoją osobowość potrzebuje podejścia indywidualnego. Uważam, że jako dziecko miałam ogromny potencjał, który został zmarnowany przez szkolnictwo. Zamierzam udowodnić zarówno sobie jak i swoim byłym nauczycielom, że jestem warta znacznie więcej, że ich metody i sposoby na stłumienie mojego podejścia do świata nie zabiły we mnie samoświadomości, dzięki której będę mogła żyć pełnią życia na poziomie o wiele bardziej zaawansowanym niż ich własny.

  • Jako uzupełnienie kilka słów na temat tego, co dzieje się od niedawna na naszym podwórku. Od kilkunastu miesięcy obserwuję dynamiczne poszerzanie się świadomości naszego społeczeństwa na tematy związane z edukacją.

    Moje serce rośnie. Najwyższy czas, aby zacząć publicznie rozmawiać na temat mądrej edukacji w naszym kraju. Widzę powstające społeczności, kolejne szkoły demokratyczne, wywiady i audycje, artykuły w gazetach, dyskusje i rzeczowe rozmowy.

    Działanie na rzecz świadomej edukacji w Polsce powoli staje się jednym najważniejszych obszarów mojej pracy. Po napisaniu powyższego artykułu odezwało się do mnie wiele osób, które chcą pomóc w realizacji mojego marzenia, którym jest utworzenie szkoły będącej alternatywą dla obecnego systemu edukacji.

    Od jakiegoś czasu rozwijam internetowy ruch „Świadoma Edukacja”, którego celem jest popularyzowanie wiedzy na temat alternatyw dla obecnego systemu edukacji. Wciąż za mało ludzi jest świadoma tego, w jaki sposób obecna szkoła okalecza osobowość dzieci. Za mało ludzi wie o istniejących alternatywach (edukacja demokartyczna, Montessori, waldorfska). Ci, którzy znają alternatywy, często nie rozumieją w jaki sposób te szkoły działają i jak taka forma edukacji wpływa na psychikę dziecka.

    Pierwszym krokiem jest rozwijanie internetowych społeczności, które będą miejscem wymiany idei, konstruktywnych dyskusji i dzielenia się praktycznymi pomysłami. Jeśli interesuje Cię edukacja dla dzieci i dla dorosłych, dołącz – niezależnie od tego, czy będziesz tylko obserwatorem, czy aktywnym członkiem społeczności.

    1. Fanpage Świadoma Edukacja: http://www.facebook.com/swiadomaedukacja

    Na tej stronie publikujemy aktualności i badania oraz dzielimy się wiedzą na temat alternatyw dla obecnego systemu edukacji.

    2. Grupa Świadoma Edukacja: http://www.facebook.com/groups/swiadomaedukacja

    Grupa jest miejscem dla Was. To miejsce wymiany doświadczeń, przemyśleń, pomysłów. Miejsce rozmów i burz mózgów. Z przyjemnością będę brać udział w inicjowanych przez Was dyskusjach.

  • małgorzata

    zgadzam się. Mnie już od przedszkola panie gnębiły, że nie umiem tego, co inne dzieci wtedy kiedy one,tylko później, w podstawówce zostałam jedyną uczennicą pierwszej klasy, która brzydko pisała i nie mogła używać przez to pióra, kiedy poszłam do czwartej klasy zaczęło się zbierać mnóstwo jedynek, ale potem udało mi się w ciągu trzech lat poprawić oceny na tyle, że dostałam się do jednego z ”lepszych” gimnazjów. Oczywiście bombardują nauką i robią dużo sprawdzianów i kartkówek. No i moi własni rodzice zaszufladkowali mnie jako humanistkę, bo lubię czytać książki, a średnio radzę sobie z matematyką, co nie znaczy, że źle. A ja owszem lubię język polski, mitologię grecką, czy psychologię albo filozofię, ale podoba mi się również biologia, dietetyka, medycyna, a poza tym lubię rysować zwłaszcza portrety ludzi.

  • Hubert

    Jestem uczniem 1 klasy Gimnazjum chodze do pywatnego gimnazjum i jest poprostu masakra w tej szkole jest bardzo wysoki poziom ale niestety jestem niedoceniany przez nauczycieli od przedmiotów ścisłych … moje oceny 1 1 1 z fizyki 1 2 1 matematyka 5 3 1 1 chemia. Problem jest w tym ze ja to wszystko umiem tylko ,że oceny z fizyki to nie oceny z np wyliczenia czegos tylko z jakieś teori ,która niby ” ma mi pomóc zrozumieć coś ” wszystko ucze sie na korepetycjach i umiem najlepiej w klasie fizyke tak samo z matematyką tylko jakas teoria a % i ułamki umiem jak mało kto więc nie pochwalam systemu nauczania zwykła beznadzieja a na dodatek ten polski … orzeczenia podmioty zaimki i jakies inne jeszcze gówna .. zamiast uczyć się ortografii i składania zdan to tylko cos takiego jest u nas robione na lekcjii o biologi to ja już nie wspomnie bo to totalna katastrofa budowa komórki komórki liścia bezsens … chce pokazać charyzme a nie iść na łatwizne ale to jest już lekka przesada….

  • Plum

    bardzo dobry tekst! ja sam chodzę do 1 gimnazjum i czuję się krzywdzony przez to że robię błedy na których na prawde się uczę! Matematykę uwielbiam ale właśnie wróciłem ze sprawdzianu i jestem tak na siebie zły że JA TO UMIEM ale źle przeczytałem a było tak łatwe… nie wiem czy sa tacy nauczyciele którzy rozumieją takich jak ja… u nas nawet psychologa nie ma więc jak mam z kimś porozmawiać? jetm zły na siebie a pewnie zgadniecie przez co jestem zly na siebie przez ostatnie pare lat – przez SZKOŁĘ!!!!! (przepraszam za wykrzykniki ale tego co się dzieję nie da się opisać znakami). Mam plany na przyszłość… zgadzam się z tym że powinny być lekcje medytacji, zarządzania finansami, psychologia. NAJLEPSZE jest to że ja się tych typów lekcji uczę na swoją rękę bo mnie to cieszy… programuję ale ostatnio słyszę komentarze typu od nauczycieli: „ty? nie rozsmieszaj mnie!” bądź „za nic ci się nie uda”… Mam osoby które chciałyby ode mnie strony WWW typu blog, lecz jeszcze się uczę pracy z serwerami i bazami danych ale pieniądze juz czekają i pasja mi się przyda! Mam ulubioną nauczycielke która też nie umie wytłumaczyc zbytnio db ale uczy na szczęście plastyki. Mogę z nią normalnie pogadać ale wstydze się powidzieć jej że szkoła nie uczy tylko psuje uczniów…
    Jest mi bardzo przykro patrzeć na ten „analfabetyzm” w naszym kraju spowodowany przez nikogo innego jak przez minister Edukacji i nauczycieli. Na podwórku widzę osoby które plotkują o nauczycielach, płaczą przez nich (to jest strasze) – CHORE! A propos to myślenie przez nauczycieli że uczniowie bardzo dobrzy osiągną coś więcej a my będziemy zamiatać chodniki. Taki Steve Jobs, Bill Gates, Will Right rzucili studia i co?! maja najbardziej rozpoznawalne firmy na świecie! – a porzucili studia (Steve Jobs wypowiadał się na zakończenie roku szkolnego i mówił że szkoła go nic nie nauczyła i tylko tracił pieniądze swoich biednych rodziców) :'( jest mi na prawdę przykro…

  • amfitryna

    Mam 15 lat, więc niestety na co dzień jestem krzywdzona przez system edukacji.
    Oczywiście, szkoła to nie zło konieczne, ale wiele razy przekonałam się, że mimo tego iż nauczyciele często posyłają uczniów na testy na dysleksję to niestety nie są gotowi na dzieci z tą dysfunkcją. Wielu nauczycieli dało mi odczuć, że dla szkoły moja dysleksja jest ciężarem, co uważam za chore z racji iż do poradni psychologiczno-pedagogicznej się nie wyrywałam. Mam nadzieję, że kiedyś szkoły będą akceptowały uczniów z tą dysfunkcją, bo oprócz akceptacji niczego innego nie oczekuję, bez specjalnych przywilejów jakoś bym sobie poradziła.

  • Pingback: Mistrz i uczeń, czyli o tym, jak źle się dzieje w polskiej szkole | ATELIER MYŚLI: joga jako starożytna indyjska sztuka szczęścia()

  • Onliniak

    Jestem w 2 liceum i potwierdzam, nadal samodzielne myślenie jest złe, na wszystko znajdę regułkę i jedyną odpowiedź, a myśleniem popisywać się mogę chyba na konkursach tylko

  • piesełowicz

    Ja chcę w przyszłości osiągnąć niezależność finansową, a wszyscy wokół śmieją się z tego ponieważ uczniem jestem przeciętnym. Jeśli nie wybiję się na YouTube kręcąc śmieszne filmiki i robiąc to co lubię to będę inwestować w mieszkania na wynajem. Choćbym przez to nieprzejmowanie się nauką miałbym wylądować w McDonaldzie (chociaż zarobki nie zachwycają to darmowe napoje podczas przerw, tańsze jedzenie dla pracowników więc jest fajnie ;D).

  • Artemida

    Jestem gimnazjalistką i podpisuję się pod tym tekstem obiema rękami. Z powodu chronicznego stresu cierpię na depresję, mam także fobię społeczną, przez co ciężko jest mi wytrwać w grupie rówieśników, których zwykle nie potrafię nawet zrozumieć. Nie chcę nawet wspominać o wątłym stanie zdrowia fizycznego – dziewięć godzin pod rząd robi swoje… Obowiązkowe zajęcia dodatkowe, korepetycje, zwykłe lekcje, które i tak są wystarczająco ciężkie. Zdarzało się niejednokrotnie, że siedziałam w szkole od siódmej rano do piętnastej, czasem mając po tym jeszcze godzinne korepetycje. Przychodziłam do domu wykończona, smutna i z bolącą głową – a tu trzeba jeszcze odrobić dziesięć zadań z matematyki (moja nauczycielka ma manię nawalania od groma zadań), nauczyć się na dwa sprawdziany i trzy kartkówki, zrobić projekt… Nic dziwnego, że potem wszyscy spisują zadania w szkolnej toalecie i zapominają połowy z tego, co było do zrobienia. A potem co się dzieje? Wyzywanie od leni i nieuków, w domu i w szkole. Ja osobiście nie zapomnę tekstu, jako że ci którzy nie mają minimum czwórki z matematyki, nawet nie powinni myśleć o liceum ogólnokształcącym, tylko o zawodówce, bo na nic innego ich nie stać… Same lekcje są zazwyczaj prowadzone nudno, według schematów, choć to też zależy od nauczyciela, a śmiem twierdzić, że 70% z nich minęło się z powołaniem. W kwestii punktu 7 – wszyscy zawsze powtarzali mi, że jestem typową humanistką, bo dobrze idzie mi z polskiego, historii czy języków. Czułam się przez to często zrażona, by rozwijać moje naukowe zainteresowania – bo przecież i tak nic nie zrozumiem. Tymczasem interesuję się fizyką kwantową, astronomią, astrofizyką, kosmologią, futurologią i innymi typowo „ścisłymi” sprawami. Mój humanistyczny umysł w niczym mi nie przeszkadza, ba! Marzę o zostaniu pisarką science – fiction. Oczywiście ten pomysł jest mi powoli wybijany z łepetyny, jako że z pisarstwa utrzymać się ciężko, bo przecież żadna ze mnie Rowling czy Stephen King!
    Szkolnictwo to temat rzeka i mogłabym napisać tu jeszcze wiele, ale widzę, że jest tu już sporo równie długich komentarzy, więc nie będę przynudzać.
    Pozdrawiam.

  • Niezgodna

    Niestety ( a może raczej na szczęście) nie mogę się w całości zgodzić z tym artykułem. Mam 19 lat i właśnie skończyłam szkołę średnią. Może i moja opinia nie będzie się cieszyła powodzeniem, ale jestem bardzo zadowolona z polskiego systemu edukacji. Uważam, że to właśnie sprawdziany i klasówki motywują uczniów (przynajmniej mnie i moich znajomych motywowały) do poszerzania wiedzy a nie tylko siedzenia przed ekranem komputera. Dodam, że mimo iż skończyłam szkołę ze średnią powyżej 5,2, nie miałam problemu ani z poznaniem ludzi, którzy stali się moimi przyjaciółmi, ani z zajęciami dodatkowymi, bo zdążyłam nauczyć się grać na gitarze, wziąć udział w maratonie rolkowym, a nawet zająć się nauką pole dance. Co więcej, miałam ostatnio porównanie z angielskim system edukacji (pracowałam jako opiekunka dwójki dziewczynek w wieku szkolnym), gdzie właśnie skupiają się na lekcjach dotyczących inteligencji emocjonalnej i tym podobnych, i muszę stwierdzić, że dzieci, mimo iż otrzymywały stypendia naukowe ( a więc teoretycznie należały do najlepszych uczniów), prezentowały znacznie gorszy poziom niż polscy uczniowie w podobnym wieku. Poza tym wcale nie czuję się nieprzygotowana do „dorosłego” życia. Gdy przyszło co do czego i udało mi się znaleźć pracę, i znaleźć mieszkanie, i rozpocząć studia na dwóch kierunkach. I wcale nie jestem tu wyjątkiem, bo podobnie potoczyły się losy moich znajomych.

  • Nawasia

    We wrześniu rozpoczęłam 2 klasę LO na profilu humanistycznym. I z każdym z punktów zgadzam się w 100%. Strasznie denerwuje mnie szufladkowanie ludzi – biol/chem i mat/fiz to jeszcze coś może im się w życiu uda, ale humaniście jeśli nie zostaną prawnikami to będą podawać nam frytki w Mc. Otóż nie, po pierwsze jest mnóstwo innych zajęć które możemy wykonywać. I to, że przedmioty ścisłe są nie dla nas. Osobiście bardzo lubię też fizykę, ale ze względu na taki, a nie inny układ godzin nie mogłam jej rozszerzać.
    Czy umiem robić coś w życiu oprócz czytania wierszy? Nie wiem. Zawsze chciałam grać w teatrze, robić zdjęcia albo malować. Ale jutro mam sprawdzian z tego i tego, więc muszę się uczyć. Na pasję przyjdzie czas potem. UWAGA – nie przyjdzie, jeśli nie przejrzymy na oczy.
    Najgorszą jednak rzeczą jest wszechobecny stres. Na polskim pani każe mi zinterpretować ten dziwny obraz, a ja nie mam pojęcia co oznacza ta do połowy obrana cytryna. Na historii strach, że zostanę poproszona o podejście do mapy i odpowiedź z ostatniej lekcji. Z nerwów zapewne pomylę Nil z Eufratem. I jak mam poprawnie mówić po angielsku, skoro słyszę ten język tylko przez kilka minut w tygodniu? O maturalnym stresie za 1,5 roku (wychowawczyni skrzętnie przypomina ile to nam zostało czasu) nie wspomnę, bo prędzej zejdę na zawał.
    Czuję się bardzo nie przystosowana do życia. Taka zagubiona w świecie gdzie każdy musi sobie radzić sam. A ja chyba nie umiem.
    Więc drodzy rodzice wszystkich malców – dajcie swojemu dziecku rozwijać się w tych dziedzinach w jakich chce i nie zamykajcie przed nim drzwi. No, to tyle ode mnie.

  • Nauczyciel 35

    Póki system edukacji będzie tworzony przez urzędników MEN zupełnie oderwanych od realiów, działających na zapotrzebowanie polityczne i nadzorowanych przez równie niekompetentnych ministrów , na niższym szczeblu nadzorowany przez samorządy i ich komisje oświatowe w składzie których brak nauczycieli- praktyków a dominują „księgowi” , nic się nie zmieni! Kluczowym wydaje się aktywność Rodziców ale aktywny i światły Rodzic to pomijalny procent ogółu ,dla którego liczą się zupełnie inne wartości niż edukacja Ich dzieci.Mimo , iż wydaje się to błędnym kołem są pewne możliwości zmian , które są w światłych , a można takich spotkać , nauczycielach – gdyby im się chciało chcieć!!!

  • Marta Łuczak

    Artykuł bardzo trafny. Trudno mi tylko zgodzić się z „Każde dziecko jest zmuszone do czytania stosów książek każdego miesiąca” Czytelnictwo szkolne utknęło we fragmentyzacji dzieł literatury. O ile w szkole podstawowej krótsze pozycje są jeszcze w całości to gdy tylko pojawi się większa ilość stron podręczniki i nauczyciele często opierają się na fragmencie o traktują to jak zapoznanie z lekturą. To tylko umacnia przekonanie że now ma po co czytać. A potem student pierwszego roku jest przerażony jak ma coś od siebie doczytać a jeszcze gorzej jak ma o tym opowiedzieć. Czytelnictwo to zaniedbana kwestia w moim odczuciu. A wspomniane zakuwanie odbywa się wyłącznie w kierunku zaliczenia testów. Więc umiera umiejętność konstruowania dłuższych wypowiedzi. Dokładając do tego brak wiedzy o otaczającym świecie począwszy od tego co to za drzewo a skończywszy na tym jak budować dobre relacje z ludźmi i mamy wyprodukowanych przez system edukacji kalekich ludzi, którzy jeśli przyjdzie im uczyć kolejne pokolenie będą mieli jeszcze mniej do przekazania, bo z próżnego jak wiadomo ciężko nalać. Wizja być może nieco zbyt czarna, ale nieoderwana od rzeczywistości – niestety. A co do roli rodziców – wiadomo jaka może być potencjalnie, a realnie co krok to dziecko dla którego od wczesnego dzieciństwa nikt nie ma czasu, więc coraz młodszego potomka obdarowuję się zdobyczami techniki i już nie marudzi. Tylko potem to zdziwienie, że kilkulatek kredki nie umie dobrze trzymać a o skupieniu uwagi nie wspomnę… Pozwolę sobie jeszcze dodać taką myśl-edukacja powinna być czymś co wyciąga ludzkość ponad stan zastany. Ograniczenie jej do służalczej roli wobec systemu było i jest, choć może założono białe rękawiczki. Ale póki ciężar ważności nie będzie realnie przesunięty z systemowo narzuconych treści na rozwój młodych ludzi będziemy mieli duży problem.

  • Agnieszka Kondraczuk

    Nauczycieli, którzy próbują uczyć w sposób nowoczesny, nowatorski, system skutecznie eliminuje, bo niestety obnaża wówczas schematyczny, autorytarny model szkoły, w którym wiekszość nauczycieli czuje sie komfortowo.

  • Małgosia Bartuszek

    Dzięki za ten artykuł. Mój syn chodzi do 3 klasy i jestem załamana. Od jakiegoś czasu zastanawiam się jak mu pomóc i co mogę zrobić, żeby mi go do końca „nie zepsuli”. Moje dziecko jest ciekawskie, ambitne i ruchliwe. Uwielbia się uczyć i nie ma problemów z przyswajaniem wiedzy a jedna w szkole od 1,5 roku mamy straszny problem. Wychowawczyni twierdzi, że mały nie nadaje się do 3 klasy bo: nie potrafi się na dłużej skupić, za szybko robi swoje zadania a potem się nudzi i przeszkadza klasie, rozmawia na lekcjach, nie lubi się uczyć wierszyków na pamięć… i jeszcze kilka innych argumentów. Dostałam nakaz aby iść z dzieckiem do psychologa po tym jak nie zgodziłam się na zostawienie Młodego na kolejny rok w drugiej klasie. Pani wprowadziła system oceniania zachowań uczniów poprzez kolorowe buźki w dzienniczkach i oczywiście każda poza zieloną jest uznawana za złą i skutkuje brakiem jakiejś wymyślonej nagrody na koniec miesiąca. Rozmawiam z synem, tłumaczę mu, że musi być grzeczny ale wiem, że to nie jego wina że się nudzi. Wreszcie zostałam zmuszona do pójścia do poradni psychologicznej dla dzieci i w zeszłym tygodniu byłam. Diagnoza: natychmiast zmienić klasę bo nauczyciel się raczej nie zmieni i szkoda dziecka, bo zdolny młody człowiek rośnie.

    Szkoda że młody chory bo już nie mogę się doczekać aż pójdę do szkoły!

  • Anna

    W niektórych punktach zgadzam się z artykułem, właściwie w większości. Chciałabym tylko nadmienić że gdy w 1986 r ( czyli 30 lat temu) aby ukończyć Studium Nauczycielskie , a później studia magisterskie na kierunku nauczanie początkowe – musiałam wykazać się przede wszystkim kreatywnością i inwencją twórczą. to co w tej chwili „młodym” nauczycielom pokazuje się jako „nowatorskie nauczanie przez zabawę” – my „starzy” robiliśmy już wiele lat temu. Potem przekwalifikowałam się ( j. obcy) i zaczęłam uczyć starszych. I znowu – żeby móc uczyć, musiałam udowadniać że moje lekcje są ciekawe, że młodzież się na nich nie nudzi, a na dodatek jeszcze uczy się. Pracując w liceum i technikum wiedziałam że dzięki temu moje dzieciaki dostaną się na studia filologiczne bez żadnych dodatkowych lekcji. Wystarczało to czego nauczyli się na lekcjach…no a potem nadszedł rok 2005 i tzw „reforma oświaty”….Mam 30 lat stażu pracy i do tej pory 23 (sic!) ministrów, z których każdy uważa że wie jak powinna wyglądać edukacja i jakie zmiany wprowadzić……Od tzw reformy edukacji zmieniło się wszystko – likwidacja laboratoriów fizycznych, chemicznych, biologicznych, ograniczenie szkolnictwa zawodowego itp itd….W Polsce nigdy nie będzie dobrze w edukacji , bo każdy minister twierdzi że wie lepiej, a jeszcze nie było chyba tego prawdziwego ministra…takiego który rzeczywiście wie co mówi i robi , a nie mówi i robi co chce

  • Anna

    W wielu punktach zgadzam się z autorem. Dodam tylko że historycznie artykuł wykazuje się nieznajomością tego co było. Gdy w 1986 r ( czyli 30 lat temu) kończyłam Studium Nauczycielskie (pomaturalne dwuletnie), a później studia magisterskie na kierunku nauczanie początkowe – musiałam wykazać się przede wszystkim kreatywnością i inwencją twórczą. Lekcje , które prowadziliśmy w szkołach MUSIAŁY zawierać tzw „naukę przez zabawę”. Scenariusze lekcji były zatwierdzane przez wykładowców i nauczycieli uczących. Praktyki odbywały się praktycznie codziennie, bo mnóstwo zajęć było prowadzonych w szkołach.Obserwacje, prowadzenie zajęć pod okiem nauczycieli – to była norma.

    To,co w tej chwili „młodym” nauczycielom pokazuje się jako „nowatorskie nauczanie przez zabawę” – my „starzy” robiliśmy już wiele lat temu. Potem przekwalifikowałam się ( j. obcy) i zaczęłam uczyć starszych. I znowu – żeby móc uczyć, musiałam udowadniać że moje lekcje są ciekawe, że młodzież nie tylko uczy się, ale robi to w sposób tak jakby „przypadkowy” rozwijając swoje zainteresowania. Pracując w liceum i technikum wiedziałam że dzięki temu moje dzieciaki dostaną się na studia filologiczne bez żadnych dodatkowych lekcji. Wystarczało im to czego nauczyli się u mnie ( i nie tylko) na lekcjach…

    Mam 30 lat stażu pracy i do tej pory miałam 23 (sic!) ministrów, z których każdy uważa że wie jak powinna wyglądać edukacja i jakie zmiany wprowadzić….No a potem nadszedł rok 2005 i tzw „reforma oświaty”……Od 2004 r było 10 ministrów edukacji, którzy wiedzą lepiej jak uczyć i reformować ( i ANI JEDEN specjalista z prawdziwego zdarzenia).Policzcie sobie średnio co ile wprowadzano zmiany. Od tzw reformy edukacji zmieniło się wszystko – likwidacja laboratoriów fizycznych, chemicznych, biologicznych, ograniczenie szkolnictwa zawodowego itp itd….No i zmiana w systemie szkolnictwa wyższego….

    W Polsce nigdy nie będzie dobrze w edukacji , bo każdy minister twierdzi że wie lepiej, a jeszcze nie było chyba tego prawdziwego ministra…takiego który rzeczywiście wie co mówi i robi , a nie mówi i robi co chce.

    Nie bez znaczenia jest również fakt, że od wielu lat media deprymują rolę nauczycieli….Dziecko nie odrobiło pracy domowej? Wina nauczyciela. Dziecko pobiło kolegę /koleżankę? Wina nauczyciela. Dziecko nie chce się uczyć , nie przygotowuje się ? Wina nauczyciela…itp itd…..Na dzień dzisiejszy nauczyciel ma: pracować najlepiej 24h/dobę, być uśmiechnięty, wychowywać wszystkie dzieci ( oprócz swoich), nie mieć czasu wolnego, być tutorem, mentorem i hugo wie czym jeszcze , dofinansowywać szkołę poprzez zakupywanie materiałów z własnych pieniędzy , mieć czas wolny aby wspomóc uczniów, słuchać ze spuszczoną głową tego co mówią:rodzice,urzędnicy,ministrowie, dziennikarze i wszyscy inni co świetnie znają się na edukacji…no i najlepiej aby jeszcze robił to za darmo…

    Tak wygląda nasza edukacyjne piekiełko – i na pewno się nie zmieni , dopóki resort edukacji będzie zależny od polityki

  • Kamil

    Przedmiot „Medytacja” byłby suchy. To zepsuło Twój artykuł. Wywołuje wrażenie, że „Medytacja” jest bardzo potrzebna w życiu, a to nieprawda.

  • Mój syn – ma 10lat – zaczął chodzić na lekce śpiewu. Sam z siebie. Wyrobił sobie ładnie głos. I dziś przychodzi do mnie i mówi: mamo, nauczyciele sami podcinają skrzydła dzieciom i mówią, że im się nie uda. Dlaczego pan od muzyki mówi, że albo ma się talent do śpiewu albo nie ma. Ja przecież gdybym nie poszedł na lekcje śpiewu, nie potrafiłbym ładnie śpiewać a śpiewam.

  • Anna

    Czytając tekst i komentarze zastanawiam się, czy szkoła to naprawdę taka trauma dla dzieci? Ja miałam takie szczęście, że trafiłam na dobrych, wyrozumiałych nauczycieli (w większości), szczerze lubiłam chodzić do szkoły i się uczyć. Do tej pory to uwielbiam i studiowanie sprawia mi ogromną radość, daje poczucie spełnienia. Miałam zawsze dobre oceny, ale w szkole średniej zrozumiałam, że piątki ze wszystkiego to nie jest wiedza. W pełni zgadzam się z trzecim punktem tekstu. Oceny nie odzwierciedlają przygotowania do życia i tego, czy ktoś jest inteligentny czy nie. Znam kilkoro ludzi, którzy jakoś prześlizgiwali się z klasy do klasy na ściągach, poprawkach itp., ale mają charyzmę, prawdziwą pasję, milion pomysłów na minutę, które realizują i wcale nie musieli studiować, żeby zacząć dobrze zarabiać lub po prostu spełniać się w życiu. Każdy ma jakieś predyspozycje i nie można dzieci oceniać po tym, jakie mają oceny i od razu przewidywać ich przyszłość.
    Jestem bardzo wdzięczna moim rodzicom, którzy zawsze powtarzali, żebym uczyła się tego, co lubię i języków. I sami pokazywali mi, że uczyć się można na różne sposoby, choćby na spacerze po lesie i przez zadawanie pytań.
    Dziękuję też za ten wpis. Wiem teraz, na co mam zwracać uwagę, wychowując swojego syna. Chciałabym, aby nie mówił, że dostał piątkę, ale opowiadał, czego się nauczył, co przeczytał i wiedział, jak to zastosować w życiu.

  • matthew mathew

    Czytam twój wpis i zastanawiam się co będzie dalej z Polską jeżeli ci niewolnicy programu-zwani nauczycielami z panią minister A.Z nie zrozumieją że jeżeli nic się nie zmieni to w niedalekiej przyszłości będziemy tylko tanią siłą roboczą. Najbardziej niebezpieczne szkoła uczy wiedzy ale nie uczy jak ją stosować .Nauczyciele twierdzą że wykrztałcony człowiek musi wiedzieć to wszystko ale sami nie pamiętają nawet 10% z tego czego ich w szkole uczono .Czemu jeden nauczyciel nie może nasu uczyć kilku przedmiotów?Skoro się tego uczył to powinnien to wiedzieć ! Przyznaję ortografi mnie w szkole nie nauczyli:)

  • Marta P

    Witam,
    uczę angielskiego w szkole średniej. Pokarzę Panu kilka rzeczy od kuchni.
    Przede wszystkim nigdy nie wygłosiłabym podobnych komentarzy w klasie do moich uczniów:

    “Nie masz zdolności muzycznych”, “Już nigdy nie będziesz dobry w matematyce”, “Jesteś najgorszym uczniem w klasie” – dziecko z łatwością w to uwierzy i będzie samo tak o sobie myśleć, często przez resztę swojego życia.

    Takich komentarzy nie słyszałam również od moich nauczycieli. Raczej od rodziców! Z całym szacunkiem, ale skąd Pan wziął takie słowa i włożył je w usta nauczycieli?
    W pierwszych klasach szkoły podstawowej jest już chyba ocenianie opisowe, bez ocen? Od dawna szkoli się nas nauczycieli, że skupiamy się na tym, co uczeń zrobił dobrze, a co źle: jakie są dobre części pracy, a czego nie ujął czy nie umie. Ja tak robię.

    Co do bezwzględnych autorytetów. Czy próbował Pan uczyć jakąkolwiek klasę nastolatków, w której nie jest Pan autorytetem? Kosz na głowie!
    I czy sądzi Pan, że młodzież będzie szanowała kogoś, kto jest nieludzki i okrutny? Zapraszam do szkoły zasadniczej, gdzie dwie trzecie klasy to indywidualności z ADHD lub z dysfunkcjami. Za nic będą mieli starania utrzymania dyscypliny. Natychmiast wychwycą każdą emocję i ją zwielokrotnią. Są jak lustra. Tam trzeba się uczyć panować nad sobą, traktować ich sprawiedliwie, ale konsekwentnie wymagać.
    W nauczaniu uznajemy morze dysfunkcji: dysleksja, dysgrafia, dysortografia, dyskalkulia. Dzieci z domów dysfunkcyjnych. Uczniowie tacy objęci są specjalna opieką i robimy wszystko, aby wymagania dostosować do ich ograniczeń.

    W nauczaniu dyscypliny bardzo przeszkadza telewizja. Uczy chamstwa, pogardy i naśmiewania się z wad i niedoskonałości innych. Rodzice też mogliby poświęcić swoim pociechom więcej uwagi. Często wychowują się same, bez prowadzenia dorosłych, bez rozmów, co jest w życiu ważne, są pogubione i nie maja żadnych autorytetów. Nie przychodziłyby takie zbuntowane. Facebook huczy od haterów! Młodzież ze sobą nie rozmawia na przerwach. Wszyscy mają nosy w komórkach, w rzeczywistości wirtualnej. Na lekcjach używają telefonów pod ławką. Relacje ulegają spłyceniu. Kupmy im jeszcze więcej komputerów do szkoły, alby uczyły się z ekranu, nie z książek. Za 20 lat wszyscy będą nosili okulary i pomrukiwali do siebie.

    Gdzie jest energia ich umysłów? Dlaczego informacje przelatują przez nich jak przez sito? Bo wciąż pobudzany umysł nie jest w stanie się na niczym skoncentrować.

    To wierzchołek góry lodowej. Oczywiście z wieloma rzeczami ma Pan rację. Uczy się współzawodnictwa, nie współpracy. Odpowiedź jest jedyna możliwa – ale taka jest, bo wiele przedmiotów to wiedza zawierająca tylko jedną dobrą odpowiedź: czy możemy odpowiedzieć inaczej, gdy pytają nas o datę chrztu Polski? Zatem przedmioty, których nauczamy są zdefiniowaną wiedzą. Czy potrzebną?

    A skąd inaczej czerpalibyśmy wiedzą o świecie? Z Internetu? No to zamknijmy szkoły i wierzmy w pracowitość i samodzielne poszukiwanie wiedzy dzieci i młodzieży! No i jeszcze ktoś ich musi dopilnować. Lekarzy na przykład, żeby dobrze się nauczyli i dobrze nas leczyli.

    W „Rozmowach z Bogiem” (cz 2, str 176) podano jako alternatywę przedmioty opierające się na nauczaniu wiedzy o życiu: np:

    Osobowość i Samorealizacja, Ekonomia Etyczna, Uczciwość i Odpowiedzialność, Pokojowe Rozwiązywanie Konfliktów, Związki Uczuciowe i ich Składowe, Zadowolenie z Siebie i Poszanowanie Innych, Tolerancja, Ciało, Umysł i Duch Zasady Działania, Twórcza Świadomość i Potęga Umysłu, itd.
    Ile z tych rzeczy uczymy się w domu od rodziców? Dlaczego nie? Mnie jako nauczycielki nikt tego nie uczył. Dlaczego?

    I dlaczego nasze społeczeństwo tak radośnie oddaje autorytet wychowywania swoich dzieci szkole, a potem pomstuje na nią i na nauczycieli? Czy nie czas dojrzeć, stać się odpowiedzialnym i konsekwentnym, odłożyć pilota i zająć się naszymi dziećmi!? Zmiany zacznijmy od siebie, bo świata nie zmienimy. „Nie oczyścisz z mułu wód Gangesu, choćbyś cały piołun wrzucił. Ale wiadro wody na swoje potrzeby oczyścisz.”

    Pozdrawiam.